"Forum Literackie", to przestrzeń spotkania osób, dla których pasją jest twórczość literacka. Tutaj można publikować swoje wiersze, fragmenty prozy lub scenariusze. Aby znaleźć się na "Forum Literackim", należy wejść na znajdujący się poniżej link "Moja Literatura", następnie wpisać (wkleić) swój utwór (poezja, proza lub scenariusz), podpisać go (najlepiej z krótką informacją o autorze) i wysłać utworzonego automatycznie e-maila do redakcji www.forumkultury.pl

zapalenie
baku


Robert Rybicki



zapalenie
baku



Z nauk Kalego 1:

zamówiłem
taką sówkę.


Narybek. Powiat turecki.

Zawiadomione koniczyny, lucerna.
Z ziemi wstają szkielety starych
oraczy i zamordowanych agentów.
W powietrzu zawisa biała marynarka
omglona snopem blasku z nieba.
Piłkę, którą przyjąłem na klatę,
trzeba będzie wycofać pod pole karne.
Rząd straganów wzdłuż piaszczystego duktu.
Sześcioboczna wieża pełna krwistych podań.
Ciągnik miał na imię ????????.
W tumanach zieleni blask kopuły,
pod którą na katafalkach szczerozębne czaszki.
W sośninie kopczyki zmarłych na cholerę,
na cholerę nam to wszystko?

Tu wszystkie frazy są usieczone.
Bo tam nie mówią na mnie ani

on, ani łon, ino un. Wszyscy tam
są soczewką mojego peryskopu.

Czuję się jak szkielet wykopany w Ur,
który patrzy przez peryskop - tu.

Kołowrót, koło
wrót.

Na środku wał korbowy.

...

Pierwszą literę w historii ludzkości
napisał przesypujący się piach.






Nicosen, bonus track.

Przyjdę do Ciebie, jak zwykle, na
piechotę; inne wersje skompresowałem.
Przed Twoim domem wyjdę sobie z noska i
zamienię się w dym z kadzidła.

Będziemy rzucać cienie na łąkę,
jak cumullusy. O ile coś z nas
zostanie, oczywiście,

baby; wszystko

jak cement w betoniarce.



Niebo.

Jabłka ściągają
sad do ziemi, pierścień
ze szmaragdem okręcił się dookoła
własnej osi i pękły pęta snu. Obsydian
śnieżny zanurkował w kieszeni, na
pianinie topaz złoty. Klucz z szarym nalotem
obok perełki z czosnkowym wyciągiem.
Ukulany strzęp chusteczki.

Kłąb kurzu zapędził się na środek
pokoju; przyjdą roztocza literatury,

które wcinają szczątki
i ciamkają jak żółwie.






Piekło.

Czuję się jak część zamienna
w kole zamachowym świata.
Jeśli będę się czuł dobrze,
wszyscy będą mi zazdrościć.
Jeśli będę się czuł źle,
wszyscy będą mi współczuć.
Jak więc tutaj uciec
od niesmacznych uczuć?
Nie wiem, czy to jest dobry
pomysł, ale nie przeczę,
że nie jest zły. Najbardziej
z tego wszystkiego lubię
własne wytryski. Od czasu
do czasu przegryźć jakiś
ugotowany mięsień. Czasem
dobrze jest wypalić jakieś
półlegalne ziółko. Gdy piszę,
odgradzam się od tego
wszystkiego i smakuję
balast własnego istnienia.
Wszystko jest doskonale
niedokreślone w tej paszczece.

Najlepsza w tym bezsensie
jest opcja zen on, niby to
dekonstrukcja imienia Zenon,
taka pobieżna bardzo dekon
strukcja imienia Zenon, ale
raczej nowy czasownik w tak
zwanym international english,
czyli zen on: włącz opcję zen.
Zawsze mamy ten jeden yin
und yang: skurwielstwo i miłość. A
gdy kocham się z Tulą,
czuję się jak narodziny
Galaktyki. Właśnie narobiłem
w gacie i tyle zostało z patosu.
Bycie w pełni świadomym, to
bycie pod wpływem kwasa o
nazwie Duch Święty. Zresztą
stan świętości to wykorzystanie
powierzchni całego mózgu. A
świętość jest poza układami,
i tak.

Jeśli tworzysz fabułę, narrację,
i wszystko spinasz klamrą
komunikatywnej logiki, to, istotnie,
masz w tym jakiś interes.

Jeśli tworzysz fabułę - wspierasz
system i jego odwieczne podstawy:
ład i porządek zawarty
w czasie i przestrzeni.

Twórz
więc logikę
w fabule, sprzedawaj tysiące
egzemplarzy i spierdalaj.
Chroń wartości i zdobywaj Nike.
Liż narządy rozrodcze historii
literatury. Wejdź oficjalnie
albo przez drzwi kuchenne.

LOADING...

Budzisz się w konwencie
I poznajesz olśniewającą
Zakonnicę o imieniu
Anezka. Badasz centrum
Pragi, aby zdobyć punkty
Przed atakiem na kopalnię
Srebra u obrzeży miasta,
Gdzie zabijasz wampirzycę
O imieniu Azhra. Punktów
Zdobywasz zbyt mało, więc
Zostajesz porwany przez
Wampiry z klanu Brujah
I z ich namowy walczysz
Przeciwko Capadoccianom,
Wampirom z klasztoru St.
Petrin Hill: tam zabijasz
Niewiernego Mercurio, który
Spiskował przeciwko Garinolowi,
Mistrzowi ożywiania zmarłych,
I przeciwko klanowi Brujah;
Po zabraniu ksiąg zlikwiduj
Oszalałego Golema - ale zanim
To uczynisz, zdobądź sobie
Zaufanie w dzielnicy żydowskiej.
W międzyczasie dołączył do
Ciebie złotowłosy Wilhem.
Razem pokonaliście przecież
Capadoccianów. Anezka
Została porwana przez Ardana
I przekazana Orsim jako slave.
Dołącza wampirzyca Serena
I razem stanowicie świetnie
Zgraną ekipę. Ty posiadasz
Miecz i pierścienie, Wilhem
Ciężki topór, a Serena hala
Bardę. Tedy w katakumbach
Żydowskiego cmentarza walka
Z Nosferatu-klanem zamienia
Się w krwawą jatkę, bo Nosferatu,
I ich książę Ophelio, znikają.
W labiryncie zamku odnajdź
Ducha Vaclava I, który
Pilnuje relikwiarzy. Nie
Odpoczniesz, bo: w podziemiach
Zielarni alchemików na
Złotej Uliczce wypleń lewitujących
Wampirycznych magów
W arcybiskupich ornatach. To
Tam wypada zniszczyć maga
Ardana bez zębów, który
U korzeni drzewa życia
Chciał posiąść duszę Anezki.

Tu się kończy plansza praska.
Tu dołącza olbrzym Erik.
Gdy dojdziesz do Wiednia,
Twardy dysk zaśnie na wieki.

LOADING...

Czego Ty, do jasnej cholery, chcesz w poezyi,
Czytelniku? Ćwierkania imitatio,
lizania dupci, chuchania na ja?
Krystalicznych lub nabrzmiałych półkul?
Konkretu? Westchnienia żaby,
która zmieni się w księcia z koczu?
Czytelniku. Ty chcesz pogardy
dla swoich ciamkowatych uczuć.
Ty chcesz semantycznego sado-
-maso, latexu, wygolonych
genitaliów, zniknięcia w orgazmie-
-komunii, kopulacji ezoteryczno-
-materialistycznej z autorem.
Powiedz: ja pierdolę,
autorze, wydupiaj mi stąd, to
twój ekshibicjonistyczny fetyszyzm,
intelektualny fisting, jesteś
zwykłym, pierdolonym chujem.

Nie mam Ci nic do powiedzenia,
Czytelniku. Piekło jest umyte.




Światło

Antonowi

przybrało formę pierda, kafelki
zamarzły, piechur mignął. Szybkość
ma swoją uzdę w sygnałach
docierających do trzeciego oka,
które jest poza szybkością. Trzecie
oko też jest produktem czyjegoś
błędu. Konstruowałem łatki.
Czasoprzestrzeń zamknęła się jak
dzbanecznik. Jakieś uwolnione
macice parują w zamrażalniku.
Zresztą rynek narządów pyta o
konserwanty i barwniki, wizytówki
podskakują na falach zalewu.
Łabędź przysiadł na betonie.
Zakrojona na szeroką skalę
operacja stała się kurzajką.
Pojawia się palec i trzaska
patyk. Przypomnijmy sobie
anegdotę o ścianach czaszki,
które skryły pisklę mózgu.
Chwila jeszcze się nie skończyła.
Zróbmy z tego wielościan.
Odśnieżmy kondensatory.
Strumień elektronów pokrójmy
na malutkie kosteczki i
naciśnijmy pedał sprzęgła.
Potem przeczyścimy parzydełka.
A potem odetkamy przetchlinki.
Tak wygląda prototyp kapy
totalnej herosa surrealistycznego.
W tym momencie, jak powiada
znawca trwożliwych załamań
w projektorze, bania na maksa.
Włącz oscylator i rozluźnij
podbrzusze. Zaraz wejdzie
koleś z rolką tapety i drabiną,
uśmiechnie się do Ciebie
i zejdzie po linie na chodnik.
Wtedy księżyc przypierdoli z buta.
Wtedy księżyc zalśni jak łza.
Zapal kadzidełka i wtedy cyklop
wyjmie kartę magnetyczną, którą
włoży do serca i usmaży.
Serce wołu jest jak dzwon.
Potem znowu się spotkamy.
Przytulę Cię koło szkieletu konstrukcji
budowlanej, umyję zęby a obok
roztrzaska się szybowiec.
Zapomnę o Tobie i o świetle,
które odbija się od fal morskich,
a oset zamieni się w starca.
Przyfrunęliśmy na łąkę, żeby
przyjrzeć się związanym owieczkom.
Przyszłość przykuśtykała, żeby
zapytać, czy nie mamy życzeń.
Jakichś szczególnych życzeń.
Nagle zorientowałem się, że
dobiegam do trzydziestki.
Niesamowite, powiedziała trzydziestka.
Nałożyłem na głowę olbrzymi wór.
Głowę położyłem obok walizki.
Przyjechał pociąg, który przeklinał
wszystkie zbiegające się punkty
perspektywy szynowej i trakcji:
wypierdalaj mi stąd, kurwa,
wypierdalaj, wypierdalaj, wynoś
się, spierdalaj. Spierdalaj. Won.
Nie nudź mnie. Wyjdź, kurwa.
Nie przeszkadzaj mi. Wydupiaj.
I tak się kończy wiersz
dla Antona. A tak naprawdę
liczą się tylko dwie rzeczy,
I te dwie rzeczy po nas zostaną.

Chodzi o szaleństwo i technikę.
Nie żadna tam poezya i dobro.






Migdały.

Popiół po kadzidłach nie do sprasowania.
Chleb, który pokroiliśmy, służy za broń.
Przedpotopowy grafolog bada odciski rzęs.
Każde słowo to paproć odbita w węglu.
Łąka usnęła, powieki krzemienieją.
Półspalona zapałka wypuszcza pędy.
Powiedz, gdzie zgubiłam gumkę do włosów?
Spatynowana jednogroszówka świeci.
Włóż palec do mego oczodołu i przekręć,
zanim wejdziesz do następnej planszy snu.

Spleśniałe konwalie w oliwkowych wodach.
Różowa koncha sromu, pisał Staff.
Śrubokręt chciałby coś powiedzieć.
Kawa przytuliła do waru cynamon.
Ona wraca, przysiada na obrzeżach
materaca i się rozpada na kwarki, bo,
jeśli jesteśmy, robimy to niepostrzeżenie.
Znów jestem na lodzie, który przykrył popiół.
Teraz, zamiast pisać, kroję haszysz.
Dookoła oka łasi się fraktal dymu.
Słychać trzask rozmrażanych organizmów,
prawda trzepie się na dnie wanny.

Matecznik lśni w swoim czarnym blasku,
pękają sczerniałe łby kasztanów, na ścieżkach
straszą wbite w ziemię piszczele i czaszki,
a wokół nich kręcą się kulawe ślady kół.
Butle z gazem i nie doświetlone filmy!
Na wysypisku sterczy pudłowaty tron.
Stacja kolejowa z płyt pilśniowych.
Kolejarz, Michał Błaszczyk, na nasypie
wyjął chleb i odkręcił nim szynę.
Z mroku wyłania się kobieta o
włosach jak siano i oczach z ołowiu.

Dzisiaj promocja najnowszego poświęcenia.
Ślad prowadzi na obrzeża świadomości.
Widziałem najnowszy teledysk wiary.
Otworzyły się przede mną labirynty.
Każde słowo to 10 groszy plus VAT.

Czyj to zapach sprawia, że mdleją okoliczne psy?
Popiół z kadzideł wstaje i drży opuszczona rzęsa.
Ktoś mówi: cicho, cicho! i pierdzi donośnie tak,
jakby przejechał tuż obok sam Harley-Davidson.
Baron już wyciąga zapałką smołę po haszu.
Włókna ciemności zawiązują się w owoce.
Wychodzi na to, że poezya to deptak w uchu.
Nie będę spał przez kolejny tysiąc lat.





Obrzyn czasu.

Dzikołaki przyszły w stringach.
Zjadłem jajecznicę i osiągnąłem
constans. Dotarł do mnie
światopogląd bakterii. Spójrz na
chody ludzi! Wszystkich ludzi.
Mój mózg jest łowicką wycinanką.
Na palecie wydrapane tęczówki.
Poezya jest po to, żeby jej nie
było. Konnica rastafarian, z

siekierami, gna w rododendrony.
Wyłącz lampkę serca z kontaktu,
bo wszyscy będą widzieć. Wkład
z czerwonym żelem obok krwi i
dyskietki kasy chorych; łatka
z żyłkowanej skórogumy do
przyszycia. Nie chcę mieszkać
w Polsce, bo mnie na nic nie stać.
Nie chcę. Rzemieniem owinąłem
łyżeczkę. Poczułem się jak lód
w pucharku. Co to jest penis?

Zza paska wysuwa się obrzyn
czasu. To, że się komuś nóż
otwiera w kieszeni, to jest
zwykła, podwórkowa gangsterka.
Obadej obrzin, maczeta, ja?

Będziemy siekać urzędników.
Siekać jak szczypiorek.

Sikać.





Ścianki sylab.

Pomarańczowy motyl wsuwa trąbkę
do nabrzmiałego żółtego kwiatu.
Kukułka wysyła długi, przerywany sygnał.
Psi pożółkły szkielet obok muchomorów.
Niebieski chrabąszcz zobaczył liczby bez wymiarów.
Czy mógłbyś jasno określić istotę bytu, please?
Na pocieszenie zostają mutacje bólu.
Zwielokrotniona jest perkusja serca.
Dziecko, ćwiartowane wahaniem, biegnie jednak.
Snop świadomości pada jak punktowiec
na górnika, który wybrnął z podziemi.
Doszedłem
do Wiednia i twardy dysk zasnął na wieki.
Oglądam wydrylowane mózgi.
Wkrótce przydrepta hydraulik i przekręci zawór.
To będzie jak uderzenie pioruna w gazetkę szkolną.
Dookoła dyskoteki chodzi zrozpaczony towar.
Ze wzgórza zaobserwować się da
ofensywę wiernych i ich klekot myśli.

Pan Jessus i jego dwunastu dealerów.
Doznałem mroku i nagle rozpadły
się luźno sklejone elementy twarzy.
I rozsypała się jak bierki bomba
atomowa mego mózgu. W cylindrze
tłok pracował miarowo, jak metronom.
To jest jak uderzenie kijem
w poręcz na klatce schodowej.
Usiądźmy na brzegu tańca.
Chętnie p r z y j a r a ł b y m z Wami,
ale wiem, że boicie się policji i państwa.

Batalion Alzenheimera idzie na spacer.
Dobrze im tak na marginesie losu.
Ktoś mówił, że pamięć zakreśla granice tożsamości.
Co na to Batalion Alzenheimera?
Bo
moim ideałem jest ślepy czytelnik
na bezludnej wyspie wielkości biurka.
Czuję się jak część zamienna
w kole zamachowym świata.

Pan zgubił fletnię i powstało t e c h n o.






Rury. Cipunkt.

Początek to transenergetyczna euforia.

Na środku pokoju rośnie stos języków.
Oczodoły, z wepchniętą śliwką, świecą.
Zgraja pijanych chłystków, rzekł biskup.
Daję oto komunię człowiekowi, który
nie wierzy w Boga, rzekł biskup.
Fajny masz tyłeczek, rzekł biskup.
I wtedy górnicze czaka ożywają.
Noże odzyskują swój dawny blask.
Pod kołdrą mchu skarpety spływają
z piszczeli. Statek ląduje we
wgłębieniu dłoni. Lufka
wypada i rozpada się na piksele.
W moim mózgu zamarznięty mamut.
Moje korzenie zalewa mazut.
Dobrze, że mazut nie wpłynął do zalewu,
z którego utopce wyjęły koło od ciągnika.
Usta straciły wiarygodność wraz
z pojawieniem się pierwszego Słowa.
Za tydzień będzie święto eksplozji, bo
wiatr wypiął na nas tyłek z cellutisem.
Ziemia jest jednym z bunkrów Bogga-
-epileptyka, który ćwiczy starośpiew,
cień starośpiewu. Ludzka świadomość
składa się z takich właśnie kryjówek.
Uczymy się wypowiadać swój śmiech.
Z pobliskiej rzeki wyłowiono Murzyna.
Tysiące uśmiechniętych twarzy na plaży.
Jedyne, co pamiętam, to elektrownia song
i wzmożoną ofensywę bakterii cola.
Usłyszałem w ciemności szept: ja pierdolę.
Widziałem na BBC jak działa PCP.
Jestem intelektualnym mordercą dla
inteligencji awangardy przedemerytalnej.
Łojcze, łoddal łody mie tyn kielon, rzekł biskup.
Uwolnij swą świadomość i zamieszkaj w lesie.
Zanim powstanie wiersz, z dala majaczą
frazy, kołyszą się, zataczają, niezła faza.
Krytycy zakopują teksty w kopcach kultury.
Do oczu wpadają drobinki deszczu z cynfolii.
Andrzej Ptak kopniakami turlał ze wzgórza
obudowę pralki automatycznej SILESIA.
Ojciec zamyka oko po podliczeniu
ostatniej cyfry. Ćwierkające szlifierki.
Epifania to wizja, która rozświetla
duszę intelektualnego parobka.
Nad rzeką grassują bakterie...
To jest literatura regionalna!
Poczułem się prawdziwy, gdy
zwątpiłem we własne istnienie.

Koniec to pangalaktyczne wycieńczenie.




Peryhelium.

T e kody kulturowe
rozpadły się i powstały
nowe. Wszystkie anomalie
lśnią jak haczyki, na których
rozpięto siatkę współrzędnych.
Żyje się po to, żeby
zwyciężyć. Śmierć budzi
się do życia. Umiyrom!







Atrament,

czerwony. Szkoła przypomina
już tylko zeskorupiałą
żelatynę; ktoś, nieokreślony,
za oknem, pcha wózek
pełen drutu.

Nic się jakoś nie waży,
losy, spenetrowane, odbijają
niebo, po którym skaczą
piłeczki, serwuj chmurę.

Uśmiechnięci skrzypią.

Rzut, okiem, wstecz, dźwignięty,
ciężar, ktoś, zamulony,
mruga, patefon, jęki,
spoconych;

czuję się jak prehistoryczny
plemnik, wszystko

mam w sobie:

start!




--

wypadalność zjawisk, zęby
chwieją się w czaszce, czyta
Bogarodzicę, tekst trzeszczy
jak nie naoliwione drzwi. Nie

zostanie po nas
nawet kunszt, choć
chciałoby się
choć i to.

Żadnych porozumień
za tysiąc lat.




Nagła

nagość; srebro. Gdyby
to widział piorun! Klapsy
od księżyca za takie
nieodpowiedzialne spoufalanie
się z trzaskiem; idzie
jak ślepa w okrąg
kruków!

Jakie dzwonki i kto
przeszył się igłą błyskawicy,
zostając w pokoju bawialnym,
w pełni atencji ścian, z
których wychodzą przygodni
wybawcy, mrugając
kompasem.

Nie drżyj wściekły liściu; leż.
Ta nagłość to przywidzenie,
może to ciągnęło się od lat,
skrzaty ucięły sobie drzemkę.

Nie drżę patyczku, gnij.
Ta ciągłość to wahnięcie
motyla, w skrzęcie zmarłych
gospodyń usłyszysz skrzaty.




Poniedziałek

się posypał, zbrykietowany
dotyk, jakaś półobca kobieta
czesze warzywa, mucha
przystaje w powietrzu; jest'
elektrycznie.




Zwiad

przeprowadzony przez
blask; brak świateł. Pęknięcia
i osuwiny. To był zwid,
nie żaden zwiad.

Spaliły się kontenery.
Wszedłem do znicza, powoli,
aż stałem się woskiem.

Nic mnie teraz nie charakteryzuje.

Zeskorupiało. Mam szczypce.
Schowałem się w kącie,
nakryłem głowę. Skończyły
się przeżycia, z braku światła.
Coś się zatrzasnęło.

Wbiję sobie w głowę gwóźdź,
otworzę szkolny dziennik i
wystawię oceny okolicznym drzewom,
żeby zapamiętały, że zwiad

został przeprowadzony przez blask.





Karambol powstał od karramby.

Idę na piwo. Nie, nie idę na piwo.
Rozmyśliłem się. Nie, nie rozmyśliłem
się. Wszystko jest takie proste
z punktu widzenia Galaktyki.
Ustanowiłem w sobie praporządki,
więc nie mam sił udźwignąć
w sobie nawet jednej myśli.
Myśli są niebezpieczne, tkwi
w nich ponaddźwiękowa szarość
i bajkowa cisza; w tym wypadku
wypada nakreślić czwórwymiarowość
Słowa i jego rozwarstwianie się
w czasie. Ale to było sto lat temu!

Cyfry zostaną wyparte przez litery.
Stwórzmy literalne antropoidy.
Rzędy liter jak rzędy wojsk.
Cyfry rozpierzchły się w panice!
Teraz pamięć swobodnie oddycha,
bo porzucił siebie paradoks wiary
w to, że na początku było Słowo,
a nie Ryk Potwora, który się spocił!

Czy dlatego odczuwam przez całe życie,
że ludzie o chwiejnej etyce
patrzą na mnie jak na
wariata?

Mój ośrodek przyjemności
nienawidzi już trzeźwości:

w cyfrokręgu bije bit bytu,
wtórują mu ziewające riffy,
co zaglądają za kulisy snu.

A wiersz się starł,

stary,

wiesz.







Księga wyjścia.

Wyszedł. Zawsze się zaczyna
od tego, że: wyszedł! Może nawet
zbyt późno zostało to zauważone.
I to: wyszedł, jest pierwszą kropką
w alfabecie Morse'a jego chodu;
mkną samochody na przemian
to zatrzymując się i ruszając
z miejsca. Wyszedł i zniknął
w pasmach białych i czerwonych
świateł cars, które ze sobą się
krzyżowały i kręciły jak spirale.
Ale to takie połączenie świadomości
jego wyjścia, jego przypomnianego
nagle pierwszego przestąpienia progu
i ujrzanej w TV czołówki serialu.
Potem muzyka zza ściany, jakieś
niegrzeczne brzmienie pełne
chrapliwych zgrzytów i urwań
riffu. Jedyną rzeczą, którą zdążył
jeszcze zapamiętać z tego pasma
kultury i wszelkich cywilizacyjnych
zająknięć oraz wykwitów, był
ten alfabet Morse'a jego chwiejnego
chodu, gdy to wracał z tawerny; s,
potem o, i znowu s. Żaden
Mickiewicz, ani poczucie wstydu,
ani Hitler i Stalin, ani chuj wié co.
I jeszcze to: żech ci padoł?

Ja? Genau?

Poezya w krzewach cichutko
zakwiczała, wołając o omszałe
jądra zoofilia, takiego prawdziwego,
znalezionego jak Chryxtus w za
świniątku. Potem wrócił, ale
poczuł to tak, jakby wychodził,
a gdy wychodził, poczuł się, jakby
się urodził, a gdy się urodził,
to żałował, że się urodził, że nie
został w pozycji embrionalnej,
śniąc o tym, że wychodzi, że
to już, tam będzie dużo doznań,
że ten krzyk, przy własnym
wyjściu, będzie jego prywatnym
zapisem Księgi Genesis i Księgi
Wyjścia, potem będzie Księga Hioba
i Koheleta, aż skończy się na Kompleksie
Portnoya, Tęczy Grawitacji i odbycie
Busha George'a, eksplozji atomowej
w Korei Płn., strzelaninie na Wawoku
i Maroku i wytrysku do czyjejś
realnej i spolegliwej pochwy,
która ugotuje jego fallusa jak
kurczaka i poda z frytkami.

Potem będą następni, co będą
wychodzić i wydawać wszystko,
co się w tym związku mieści:
wydawać innych, wydawać się,
wydawać pieniądze, wydawać
książki: książki i pieniążki.
Potem okaże się, że na początku
nie było Logosu ani Słowa

łagodnie natchnionego
przez Ducha Świętego,

ale Ryk Potwora, który
stworzył siebie. Po drodze
pojawi się fabuła i dyskurs
i tych kilkudziesięciu, którzy
są szczytami umysłu. Potem
wszyscy strąceni zostaną
w przepaść cierpienia, Baczu
powtórzy za Bataillem, że
trzecie oko jest w dupie, a
nie w środku Galaktyki
spiralnej. Raptem wyjdziemy
z przepaści cierpienia do
kwitnącego rajskiego ogrodu,
który okaże się być szklarnią
z dojrzewającą marihuaną,
i znów będzie problem
z wyjściem, które zamieni
się w przecudowne zaśnięcie
w pozycji embrionalnej. To
taki nieśpieszny powrót do
łona umysłu, który powoli
traci kontrolę nad swoją
sławetną, fraktaliczną, strukturą.

A potem odgarną grzywkę
z czoła poeci Nowej fali,
potem Embrionalnej Fali
i Galaktykersów, Tancerzy
i Smutasów. Niektórzy
nie będą mieli co odgarniać,
a inni nie będą mieli rąk,
bo zostaną poetami Apokalipsy
Spełnionej, a jeszcze inni Fazy
Spełnionej. A ja, tak na
marginesie, zostanę poetą
Asocjacji Spełnionej.

I właściwie to byłoby
na tyle, odsłaniam
potylicę, bum z
tetetki i do
widzenia,

hej!













Czas wysrać się na świat,

bo poezya to metafizyczne ekskrementy.
Nie zatrzymujcie mnie. Nie
tłumaczcie. Mam dosyć. Srać.
Cały jestem obrzmiały od traum
i kompleksów. Nie przytakujcie.
Sram teraz na rodzinę, kościół i państwo.
Cisnę. Jest mi dobrze.
Jeszcze chwileczkę.

Czy taka poezya nie zrobiłaby
nam dobrze? Ile niepotrzebnych
spowiedzi, deklaracji podatkowych,
mandatów karnych i tłumaczeń.

Po prostu sru. Kupa? Kupa.

Czy taka poezya nie ocala człowieka?






Wanna

z rdzawą obrączką; nie ma mowy
o żadnym remoncie. Jakaś
opuchła dama dobija się do
drzwi łazienki, gdzie bije ogonem

bezwstydnie rozpłatane, jak pizza
okrąglutkie, tołpyżątko. O,
i oko przesunęło się w lewo,
zajaskrawiła się ciasna żyłka

błyskawicy! Gdzieś trzasnął ogień.
Sam, do cna przetarty, jak stęchły
wąż strażacki, przedzieram się przez
las: w czarnej, szklanej lufce mamrot

i mrugot do księżyca, bo, no cóż,
żar komety zastąpił namiętność.






Komunikat, najlepiej

oficjalny, jest trumną dla słów,
które chcą żyć na wolności; komu
nikat, najlepiej prosty i zwięzły,
zamyka nas na sekundę w swojej
treści. A potem? Potem nic.

Tak działa system.









Czajnik

zapiszczał i uwiódł rękę
owiniętą w ścierkę, drga
światło lampy, a za oknem
rzędy okien. Stół chrapie,

uprowadzają Brytyjczyków, w
naboju, zamiast kuli, lśni
skrysztalona łza; ukochaj
mnie jak najdalej od Słowa;

żadnych wersji nightmare,
wernisaży i donosów.





Pełnia,

żołądek jak księżyc w nowiu,
rzęsa księżyca, równo odcięty
paznokieć. Głód smaży
odcienie zapachów na patelni
snu; po głodzie coś miało
przytulić kamienną głowę,
fallusa z mosiądzu. Komuś
coś dałem, ale nie pamiętam,
co dałem, być może i nic.

Tak to się wszystko kończy.
Po wyrzyganiu wszystkiego
dochodzi się do pełni.












Kataton,

dokładnie: Kataton I Wielki,
to król zapadających się w sobie
świadomości, implodujących myśli.
Nawet nie zawieszenie w bezruchu,
nie otępienie, żadne osłupienie.

Kawałek po kawałku znika.
Nawet nie rozpad, czy śmierć.
Znika. Z nika. Ni.

Cała cywilizacja ni.

(nie jest to rejestrowane przez ucho.
można mówić o słuchu mózgu.
o przewidywaniu dźwięku.
hi, sonarny profetyzm!)

Przewagą Katatona nad innymi
jest jego antyistnienie.
To jest jak + i -.
Nawet niekoniecznie + i -.
Nie jest to lustrzane odbicie, zarówno duch.
Nawet w ogóle. I co w ogóle?

Myśl jest porażką rodzaju ludzkiego.
Bycie świadomym jest obciążeniem dla umysłu.
Język jest niedorozwinięty.

Nawet słowo jest
jest rozkołysane.

Nic stoi na przeszkodzie.




Przerzutka.

Wysraly my, wysraly my,
wącham rękę i zgnitego pora,
nagle odnaleziony owad
przewinął się obok klozetu.

Ciało to opakowanie po
makaronie. Nie chcę wracać
do tych nitek, leci piana.

Księżyc jest pryszczem na niebie.

Jak kiedyś odpalało się korbą
nyskę, tak chciałbym odpalić

swój wiersz.





Krytyka bytu.

Oszczędny w snach,
bo widzi tylko złom.
Zezłomowana nicość.

Jeśli wiedział, co
się dzieje, to tylko
dlatego, że miał

oczy na miejscu i tę
pozorną logikę, której
elektroniczna wersja

nie będzie trudna
w obsłudze. Jego
uśmiech będzie

ściemniał. A jeśli jest
jakaś w nim jasność, to
te jego dwa półdupki

w świetle księżyca..







Bykodzień w Katowicach.

Przyjechałem do Katowic, kara
mana an takr didiki, powiedział
bartek majzel, tłumaczyłem dwóch
poetów niemieckich, jeden z
nich to był Crauss i myślałem,
że jest gejem. Kotokraby mówiły
cichutko i szczypcami gładziły
wąsiki: kr kr; gdzieś nad rzeką,
która w większości jest pod ziemią,
może to Acheront, zdziczałe samoloty
znaczyły białe krechy na niebie,
które Bogg-epileptyk wciągał
swym koszmarnym, niebiańskim
nosem, jedna z dziurek to słońce,
druga księżyc, gdzieś straciły się
subtelności poetyk, prawidła dotyczące
pamiątek po zmarłych. A John Strządała,
prezes SPP w Katowicach, gładzi
nastroszone wąsy ostrzem noża,
czekając na konkurencję, która
już dawno go ma w jelicie grubym;
blockers niestety wolą asekurować
przy ławce skoki w podświadomość
i jako akuszerki przy porodach
czasoprzestrzeni w wydłużających
się w nieskończoność korytarzach
bloków, kr kr; gołębiom iskrzą się
skrzydła, zachodzi sunset i będą
wreszcie ciemności, z których dobywać
się będzie niezidentyfikowany krzyk.
W zakrystiach cicho sza, tylko
lekki spłoszony trucht, wieżowiec
zarzucił cumę i: patrz tego!

Sometimes paru kolesi
wychodziło za osiedle
i wracało, czasami ktoś
biegł z krzykiem, zresztą
sometimes to nie to samo
co manchmal, manchmal
machloje; z obcych języków
zostali obcy ludzie o, ojej,
niepodważalności istnienia,
z tych paru kolesi został
Baron zwany przez Śliwę
Konopią; jest też wzgórze
zmutowanych dębów. Szkoda,
że nie zostałem skrzatem;
Krokodyl zaprowadził
mnie na Wyspę Kamera. Hej,
każdy człowiek jest niepowtarzalny,
to dobrze. Nie mam oporów
etycznych, żeby zostać kanibalem,
cały powiat obsadziłbym
krzakami ganji. Może będę
kandydował na prezydenta,
po zwycięstwie zjem kwasa
i zmienię ustawę zasadniczą,
moja kadencja będzie trwała
tydzień, bo wyruszę w podróż
do Indii, nie żeby poznać
buddyzm, ale żeby zarazić się
trądem i rozpadać się, jak rozpadają
się wspomnienia. Przypomina mi
się ostatni wiersz Gottfrieda
Benna, ostatni wiersz jego
życia, z 1956 roku, który
mówił o umieraniu, kr kr,

der Tod!









Znaleziono czaszkę Bogga.

Na brzegu rzeki leży trup
syrenki z podwiniętym
ogonem. Na brzeżku
wargi sromowej.

Jeszcze słówko o Wielkim Szyfrze Świata
i przerwa na reklamy.











Wysiłek

czego, żeby powstał wiersz?
Niektórzy przez to zwariowali.






Napisałbym

kici kici kici,
ale mam zobowiązania
wobec Czytelników.

Wystawiam się na sprzedaż
i wystawiam swój
pryszczaty tyłek.

Dookoła jest wielu cwaniaczków.
Jestem tym gównem, do
którego zlatują się muchy.

Każda instytucja, którą znam,
zawsze chciała na mnie
zarobić, wyssać. I cześć!

Może napisałbym: chuj,
ale w tę wersję magii
już nie wierzę.

Jeszcze jeden uśmiech do
widowni i przerwa na

reklamy.




Z nauk Kalego 2:

zna Kalego.











Zejście do zatoki Dart:

rzeka kłamie, to oczywista.
Kamienie spacerują wzdłuż brzegu.
Rozchodzą się przegryzione sznurki.

Wzgórza chrapią, bądź ostrożny.
Rozluźnimy się na tyle,
na ile się zrozumiemy.

Zrozumiemy się na tyle,
na ile pozwoli nam życzliwość.
Wyszczerzony białonów.

Może to być również ciemnosłów,
na którym wiąże się plaster kurzu.
Poeta wytarł kozę o listek.

Kaskader wyszedł z lasu.
168.000 polskich legalów w UK.
Dziesięciopiętrowe oczy.

Wszystko będzie zależeć od tego,
ile w życiu wypoczniesz.
Zachować dystans do swojego wieku.

Tymczasem oszczać niechęć losu.
Rozluźnij się, wierszu.
Zaśnij wśród kości, innych.






Między wierszami

jest śmiech Franka.






Wizje zza rogu,

przestworza proponują cios wiatru.
Poraziło mnie jak prądem, jakieś
niebiańskie światło i smród kloaki.
Otwarłem się jak wrota i ugotowałem
zupkę instant. Niestety, nic mnie tak
nie martwi jak sam fakt istnienia.
Ryba zniknęła w podmorskim pokoju
i puściła bąka.
Poezya
to niekontrolowany taniec wokół
gówna płonącego na grillu, hej!
Jeśli się zgubiłem, powiedzcie mi to.

Czuję się doskonalszy od swego
organizmu; epoka chciała się pochylić,
ale nastąpiła zmiana urzędowych form.
Nagle zrozumiałem, że dobiegam do trzydziestki.
Niesamowite, powiedziała trzydziestka.

Galaktyka się potknęła,
a ludzie mieli z tego ubaw.

Jeszcze kilka roszad w tym tekście

i pamięć zafaluje jak zboże.

I'm sorry.









JA WSZYSTKIEGO:

cześć, powietrze!; właśnie
kłębem pary z ust ogrzewam
oszronioną pajęczynę. A
dzień zerwał się z oklasków!

Czuję się obcy nawet sobie.
Może gdzieś jeszcze na stykach
snów zatrzeszczą snopy iskier,
może? I tak spotkałem się już
z przypadkiem etycznej katatonii.
Będziesz obserwować swoje siki?

Gdzieś czytałem, że Ulisses Dantego
nigdy nie wrócił do Itaki.
I nigdy nie w r ó c i do Itaki.
Może nawet napisał to
sam Ulisses na ostatnim
skrawku żagla, na skraju
Antarktydy, w igloo.

Homer popełnił błąd, zostając dobrym wujkiem literatury;
takim, co to z zaświatów puszcza nam kłęby zmrożonej marychy.

To jest to Jaaa w przestrzeni, choć
nieco inaczej to zaznaczył
Gizzy;

TO BYŁO WSZYSTKO POZA KUFREM PEŁNYM TRAWY,

na okręcie pełnym czaszek.






Z nauk braci Przeniosło:

i widzisz nagle iskry
jak tramwaje naparzają








Neurytm.

Czeka nas jazda po bandzie biedy.
Na statku straszy skopcony obcy.
Każda przyzwoita głupota jest w cenie.
T e n autobus ma wbudowane owadzie czułki.
To jest ratunkowa kość, przytrzymaj.
Metafora to implodujący zachwyt.
Teraz jest ciemno i psie oczy świecą jak monety.
Zaczynam śmierdzieć całym sercem.
Nadmiar informacji spowodował głód. I
nagle poczułem eksplozję monologu,
tęcza wyrywa się z rozpłatanego mózgu.
Zabiegi światka zakończyły się fiaskiem.
Gdy wychodzę na zewnątrz, nie umiem
wytrzymać ze śmiechu. Ziołolecznictwo
przyniosło więc oczekiwane skutki.
Prosta fabuła nie zadowala nawet prostych
ludzi. Tekst huczy jak wodospad.
Wyobraźcie sobie skorumpowane litery!

Rzeczywistość to puzzle złożone z absurdów.
Postponuję nazwę rzeczywidmość.

Czy znacie odpłynięcie podczas narkozy?









Z nauk Ani Kierety:

to się w pale nie mieści
jak się pali w mieście











Zgnite samogłoski:

proste formy zostały zjedzone.
Szmaragd przygnieciony przez dupsko.
Uśmiech nie schodził mu z rąk.
Żaby na tle wątrobianego klifu.
Jakiś bambusowaty strąk.
Fioletowy sweter na tle świeżo
otynkowanej fasady posiadłości.
Szaleństwo przyczółku kwiatuszków.
Nożyczki przecinają drut kolczasty.
Sekatorem ten bambusowaty strąk.
Zmarła dama na liściu pokrzywy.
Te dwa stoły i czyjeś klaśnięcie
i wyjście łubinu spod ziemi.
Siwy dziad jako sędzia wśród dziewic.

Tekst jest już poza autorem.

Nie już, ale wtedy.






Z nauk Kalego 3:

może zajrzymy
do bąkomatu?







Został

podłączony do krwioobiegu
elektroenergetycznego, !a! piorun
spalił jej rzęsy i za pomocą
analitycznej alogii ujrzała
zryw bytu ( to te skrzyżowanie,
ten pisk opon, ach…). Byłem potwornie
ludzki w tej intergalaktycznej
napierdalance; teraz oczy mi
odpoczywają, woda spotkania
spływa po trzecim stopniu
wtajemniczenia. Ten trzeci stopień
to pętla zimy. Dobranoc,
ALKOHOLE
ŚWIATA, koło świateł.
Non stop to samo.

Odbija mi, oj,
odbiło mi się.
Długo piszę
długopisem.

Nierdzewna pamięć.
Nieodtwarzalne
elementy w tej pamięci,
takie jak: pozycja embrionalna,
pierwszy lęk przed światem, gdy głowa
wyjdzie przez pochwę, czyjeś ręce,
głosy, szok, kto to jest, co to jest,
za dużo tego wszystkiego.

I od tej pory mamy wszystko na swojej głowie.

Życie
to dziewięć miesięcy full wypas
a reszta to total zapierdol. Bez euforii, sorry.
Nadzieja to powrót do staroceltyckiego grobu,
w którym kości leżą w pozycji embrío.

(pozycja embrionalna
jest jak Galaktyka spiralna)

jak smakuje kwas,
który spożył Bogg,
zanim stworzył świat?

Jak przy wszystkiego tego typu niemiłościwych naukach, powiem Ci: idź, szukaj.
Ktoś już tak raz powiedział: idź, szukaj i sam się zgubił.
Stroboskop pamięci nie uchwyci prędkości światła.
Zza zawiasów świata z prędkością światła pędzą do nas zaświaty.
Odwalcie się ode mnie trupy tropów.

Jedyną pociechę daje mi trwoga.

Dobranoc.

Dzięküję.







Przesłanie Monthy Lufki.

Wiersz dedykowany Chińczykowi
powinien być jak woda
kolońska Zbigniewa
Herberta; sumienie powinno
być strzałem w głowę.
Słoń poprosił o ogień,
a cytryna przyniosła wody.
Grzebienie jakoś się popłakały,
a kot odtrącił grzywkę, bo
piękne są kwiaty kartofla.
Taki powinien być wiersz
dedykowany Chińczykowi.
Bez sumienia. Bez nabojów.

Tragedia się zesrała,
gdy ją wyrżnęły
media.








Wychodzący z dyskoteki

mają czerwone policzki, serpentyny
smarków zataczające koła, karuzele
z nosa, machamy głowami. Między
lasem a jeziorem łąka lśni jak oko;
pies wydeptuje półksiężyc wokół budy
i poraża go śmierć; na skraju lasu
półbyt bierze w ręce pałę. Na łące
oświetlonej przez wybałuszoną
pełnię postać z wyciągniętymi rękoma
pędzi w nadwodną mgłę rozciętą
przez noże drzew. Niebo jest
samobójcą, który wskakuje do
wody, z księżycem u szyi. Droga
zwija się w kłębek i zasypia.
Zmarli wychodzą z lasu w spróchniałych
rogatywkach na komendę hipnotyzera,
I want to pee, prezentuj kość!
Warzywa się wahają.
Biegnę po torach,

wspomina Robert Krzywański.








Śnieżycznicy

zostawiają pół metra śladu w głąb.
Śnieżyca zamiata jak galaktyka
spiralna, spirale zamiast tęczówek,
spirale kół samochodowych; ci wyszli
z zamieci, amonity z tamtej epoki,
ci tamci. Zapytaj
amonita o etykę.

Nas nie ma. I nie będzie.
Nie ma i nie będzie!
W nieświadomym.












Furion:

idziesz!, najpierw omijasz kupę, potem
las, maszerujący oddział Policji
Polskiej zdobywa dane ostatniej
pojedynczej świadomości. Katalog
danych ciągnie się od morza do morza.

Próbowałeś się komunikować, ale
nic z tego nie wyszło. Odgórnie
jesteś załatwiony, poza układem.
Masz czas do zbawienia, które
zagwarantuje Ci jedyne wyjście.
Wybierzesz wszystkie czaszki
i kamienie z zalewu jak Fidżi.
To było pamiętnego lata 1992.
Mur szpitala psychiatrycznego
nie ma blanek, nie ma co się
ostrzeliwać, nein. Jeszcze słówko
i zerwie się t e n byt/sklejka
z halucynacji hipnotyzerów.

Jeśli w czymś uczestniczymy,
to jest to przemiana materii.
Jeśli w ogóle istniejemy, hej!
Jeśli w ogóle nickolwiek.
Znika. Z nika. Ni.

Cała cywilizacja ni.
Zostaje Ci jedynie:









Ludzie na luzie:

chodźmy, i nic więcej.
Serce jak batyskaf świeci w głębinach pamięci.
Płuca przebłyskują jak fosfor,
wdychamy i wydychamy światło.
Patrzę w czarne i puste usta,
które mówią do mnie z lustra.

Wśród aniołów jest frakcja ULTRAS.
Wszyscy z tej frakcji
wyglądają jak ważki.

Przez ludzi na luzie przechodzą niebiańskie przewody.
Przez energetyczne kanały.
Oczyszczanie organizmu jest bardzo proste.
Wystarczy stanąć na palcach.

Każdy zna ciężar ekranu.
Ekran jest klatką,
którą omija pisklę mózgu.

Luzik. Jakoś to będzie.

W końcu
świętość jest wykorzystaniem
całej powierzchni mózgu.

I tu jest właśnie koniec:

książki poszły,

ból pozostał.








Ale

fale.








Wtorki

w Torquay.







Parasola kant, zza kantu,

z przodu: gąszcz rozedrganej zieleni.
Okna, przejrzyste i bardzo szerokie.
Słyszę za sobą rzężenie kosiarki.
Eskadry mew przekreślają niebo.
Po czterech minutach rozziew morza.
Powietrze spływa po klifie, na
którego skraju oczy się oczyszczają.
Są czystsze od szyb, widzianych
ponad cztery minuty temu.
Tęcza wbija się w zatokę.
Część tęczy zasłonięta przez wiatę.

Podnosząc się, przekraczam próg,
znikam. Właściwie to się pojawiam.

Z ramek wychodzi Krzysztof Dygul.






MINIEMPATIA.

Zaginąłem w sobie
na czas jakiś; pisanie
było dla mnie wysiłkiem,
jakbym kopał rowy
na księżycu;

tak między nami -
teraz rządzi słońce;

duch przedsięwzięcia
zrobił mi poetyckie
EEG
oraz
EKG.

W kącie ściany
ścięło wizję jak białko, gdzieś usłyszałem
białe plamy, zalew że chodzi o
białych plam; jabłko.

Poezya to zawód Proteusza.

Dobrze mu z bólem i ekstazą.

Rotujemy.

Gdyby Ciebie zrozumieć,
tak poza rozumem,
byłbyś pełniejszy.

Chuj ze mną.










Głowa w tuszu (tytuł tylko pro forma).

Pazerność czasu, który jest
właściwie intencją systemu,
którego najbardziej realną
formą istnienia jest znak
graficzny znaku zapytania,
który, tak to znać, nie
odpuści sobie zmielenia
wszystkiego, co napotka lub
ominie, przechodzi przez
rozgałęźnik świadomości:

the one:
rzeczywistość,
która jest rzeczą poza
rzeczą, właściwie majak,
zarazem rzecz w rzeczy,
rzeczywidmość, rzecz obok
rzeczy, rzec by można.

the two:
maoa owiat3a
na zwichnięte światło,
jakiś organ światła (światło
na światło, zagęszczenie
samo, bez polaryzacji i
interferencji). Podobne to
do wrażenia podczas
spojrzenia w źródło
światła: oko w oko
z punktowcem.

Jeszcze jedno: świadomość
to gówno, które dobrze
spłukać strumieniem
deja vú bądź "epifanii":

(czuj b l a s k t r a u m y!)

jak się czujesz, Czytelniku,
patrząc w głąb muszli
klozetowej, na której
ściankach czernieją
przyklejone resztki gówna,
które, ku Twej uldze,
wreszcie wyszły
z twych zacnych trzewi,
z którymi, co zrozumiałe,
się nie utożsamiasz: to
oczywiste, że naciśniesz,
ale nie oczywiste, że
nie zadziała.

Wyjdź, bo coś popchnie Cię
ku wstydowi, albo, nie daj
Bogg, ku winie, ku winy
brzemieniu wśród tych,
co przyjdą po Tobie.

Bo będziesz wypatroszony przez ucieczkę wzrokiem.

Nie zawsze kładzie się cień
momentu i nie zawsze trzeba
to jakoś przetkać przez
świadomość.

Wróćmy do pazerności czasu
(to już nie ten sam wątek).
Przeszedł przez rozgałęźnik.

Przeszedł przez rozgałęźnik!

the one: kompletna pustka.

the two: kompletna pustka.









Nowa Etyka:

toalety: męska
i żeńska. W żeńskiej
dwie muszle, w męskiej
jedna. Dodatkowo: w męskiej
cztery odgrodzone od siebie
pisuary.
Umywalki: dwie
w żeńskiej, jedna
w męskiej.

Podłoga. Wiadro. Mop.

Zmiana papieru. Lustra.
Urinal blocks.

Done.

To polish tables. Polish.
Indoor: dwie połacie
przestrzeni: 10 stołów
plus bar.

To polish tables. Polish.
Backdoor: trzy połacie
przestrzeni: 13 stołów
plus bar.

Completed.


2.
Duże talerze: płytkie
i głębokie. Talerzyki.
Spodeczki. Misy. Miseczki.
Kompotierki, sosjerki.

Noże: dłuższe i krótsze.
Łyżki: większe i mniejsze.
Widelce: dłuższe i krótsze.
I noże do steaks.
Plus łyżeczki.

Kubki, plastykowe
pojemniki, blachy, tace,
sitka, wybieraki,
tasaki, rynny
do oleju.

Done.

Potem szczota i mop.

Completed.

Mission completed.

168.000 polskich legalów
w Wielkiej Brytanii
na dzień 24 listopada 2005.











Opróżnianie, odrzut, oj,

nie przerzucił własnego ciała, oj,
nie przerzucił przez barierkę
siebie, o ile da się zauważyć
cokolwiek, co dać się chce
nazwać: siebie. To taka półtykalna
linia lęku, politykalna, aj:
znowu b ł o n d.
Bogg-epileptyk patrzy przez czarne
dziury jak przez peryskopy lub lunety.
Niezmienne pojęcie teraźniejszości
jest jak rura kanalizacyjna podczas awarii.
Plastykowa eskorta otacza drewnianą pannę
zdaną na zdanie lasu.

Nagle dup:

a w zdaniu lasu banita niebytu.

Koci język jest jak pumeks.

Czas zainstalować pierdomierz.

Odkryto jaskinię Babel, he he.

Sufit jest zielony jak stół bilardowy.

I właśnie:

to jest badanie literatury od
strony ludzkiego organizmu:

czysta

biologia

wiersza

pozbawiona
racjonalnego
uzasadnienia w wierszu.










sen o bólu;
ból tego snu.
Piorun przeszył ząb.

Zauważcie tylko, że ten wiersz jest bez tytułu.
Po co komu tytuł?
Tytuł dla wiersza jest jak mgr przez nazwiskiem,
totalna obsuwa

dla etyki
Galaktyki.

Nie będę pisał lic. przed nazwiskiem,
bo to licuje z moim honorem żebraka,
za jakiego mnie mają w moim rodzinnym mieście,

a zwłaszcza ekipa w o k ó ł OS?,
a zwłaszcza taki Damyan -
ustawiony synek mamusi.

Słuchaj, synku mamusi,
zmień azymut.

Słuchaj, poeta.
Poeta nie słyszy.











Mówiłem Ci: wcześniej,

a nie że w Cieszynie.










Wiersz poleceń:

starałem się być komunikatywny,
ale nie mogłem przebrnąć przez
rozszczepienie impresji. Nie mówiąc
o praimpresji. Czy ktoś mówił o
praimprezie? Zresztą poeta
jest zwrócony twarzą do tekstu,
nie do ludzi. To taka bioetyka.
Niektórzy na to mówią: super!
Moja matka jest kufrem pełnym
traum. Świtają mi przewierty mózgu.
Czuje się najeżony psychicznie
podczas własnych występów i
mam dosyć niedomagań
organizacyjnych czasoprzestrzeni.
Pójdźmy może do siedliska imprezy.
Posłuchajmy tego polecenia: idźmy

stąd.








Miau.

Przykro jest pisać wiersz,
który nie wiadomo dokąd się
przymierzy, do czego, no.

Tak ni stąd, ni zowąd,
ni go zowią, ni jest,
ni go nie ma, ni.

Tak ze spuszczoną głową
go pisać, macać strukturę
instant, jak ziemniaczane
puree w proszku,
w worku, ale jak
przeciąć - to
zawód.

Wszystko niby już opisane, ale
językiem, który ma ledwie
kilkadziesiąt głosek.

A ta reszta niewypowiedzianego,

te miliardy dryfująco-
-orbitujących, nie objawionych

dźwięków n a d m o w y??


2.
inaczej:
wróćmy:
inaczej: światło wewnątrz ocienionej gałki/
/kuli oka, p r z e t r a n s p o n o w a n e
przez nerw na obraz w mózgu i z czerni
(czysta definicja czerni jako braku światła
będzie tu na miejscu) mózgu, mózgu jako czegoś
n i e o ś w i e t l o n e g o, mózgu jako
nieoświetlonej prądnicy metafory, mózgu
jako transgresji wieży napędzanej
przez nieoświetlone dynamo metafory, mózgu
jako punktu będącego odniesieniem dla
transgresji wieży napędzanej przez wyświechtane
dynamo słownika języka polskiego, mózgu
jako punktu w czasoprzestrzeni,
mózgu jako ucieleśnienia symbolu jaskini Platona,
mózgu jako gąszczu winorośli, który w ciągu kilku
tysięcy lat zamienił się w dynamit, a ten stał
się kanwą dla Nagrody Mózgu, w latach
dwudziestych kilkunastu poetów chciało się
zamienić w dynamo, gdzieś zgubił się wątek, który,
tak na móżdżą sprawę, gdy mózg rośnie jak drożdże,
był strzępkiem grzybni gdzieś u progu cywilizacji,
strzępkiem grzybni poematu rozkwitającego,
gdzieś zgubił się wątek,
wszystko przez ciemność mózgu,
przez ciemność mózgu to gubienie wątków, bo gdyby mózg
był oświetlony jak oko, byłby oświecony albo nawet nawrócony,
a może w wyniku oddziaływania światła mózg
pewnie przestałby działać, synapsy
w wyniku oddziaływania światła zatrzymałyby swój proces
przesyłania informacji w trakcie pisania t e g o oto/
/wówczas tu wiersza o wierzchu prawdy, ba,

co?

Nie ma zgodności naszych sądów z rzeczywistością,

bo m ó z g p o z o s t a j e w c i e m n o ś c i a c h.

I kłamstwem są Święte Księgi o barwnych iluminacjach,
światła nie ma, bo mózg pozostaje w ciemności,
zamknięty w czaszce jak w najlichszym sarkofagu ze śluzu,
który można roztrzaskać śmiesznie niskim nakładem wysiłku w skali Galaktyki;
więc, żeby przeżyć, albo, chociażby, żeby być usatysfakcjonowanym z powodu
odbioru świadomości swojego miękkiego istnienia, taa,
trzeba wyobrazić sobie padanie plackiem przed ciemnością,
ciemnością mózgu i kosmosu,
dla kurażu przeciwstawiamy ciemności mózgu i kosmosu
jasność oka i słońca,
tylko po to, by, jak to się mówi, wyjść na swoje,
i skonstruować metafizykę dla wesołych biologicznych celów,
by przesyłać kody genetyczne lub je przejmować,
by powielić, powielić, powielić - plechę - - -
po skombinowaniu kodów budzisz się obok innego organizmu
i orientujesz się, że to jesteś właśnie Ty sam,
dostrzega to oko, nawet je rozpoznaje,
ba, organizm rozpoznany jest przez ciemność mózgu,
bo ciemność służy do rozpoznawania,
a światłość do naprowadzania ciemności,
może dlatego lornetki, aparaty, peryskopy, nawet oprawki okularów,
opatulone są w trywialną ciemność czarnego koloru, a
w tym czarnym kolorze
teraz jest t e n wiersz:

t e n wiersz jest luką pomiędzy doznaniem








a nazwaniem

//

WIDZĘ NIC.










Thank You very much,

kurwa mać.

2007-01-10

[Forum Literackie]



Twórcy * Zespoły * Wydarzenia
Rybnik * Wodzisław * Racibórz * Jastrzębie * Żory