|
Imprezy w DK Boguszowice Informacje o najnowszych imprezach w Domu Kultury Rybnik Boguszowice:
- 10 październik spotkanie z reżyserem i podróźnikiem oraz film "W drodze" o godzinie 17.30
- 16-19 październik 7 Boguszowickie Dni Młodych.
7 Boguszowickie Dni Młodych
PIANO - JAZZ - GALERY PALETA
# 16.10. - godzina 18.00
- PRZEGLĄD FILMÓW OFFOWYCH m.in.
Hubert Grodkowski "Manna" oraz "Przepraszam"
Paweł Łukowski "Doliniarze"
Przegląd filmów "Zwellinder Film" z Rzeszowa - m.in. "Nie pal", "Słoma", "Dymy", "Tarik"
(wstęp wolny)
DOM KULTURY
RYBNIK BOGUSZOWICE
Plac Pokoju 1
Tel (032) 42 52 016
# 17.10. - godzina 18.30
KURCZAT
HABAKUK
PRZED KONCERTEM POKAZ FILMÓW KRZYSZTOFA NOWICKIEGO - "Reggae to moje życie" i "Najstarszy człowiek świata"
(wstęp 12,00 i15,00 zł)
# 18.10. - godzina 16.00
RYBNICKA SCENA NIEPOKORNYCH
1. BRAIN CONTAGIUM (16.00 - 16.45)
2. PORPURE DRAPE (16.45 - 17.30)
3. TRANS-SFER (17.30 - 18.15)
4. ZAGROŻONY GATUNEK (18.15 - 19.00)
5. ILO 1(19.00 - 19.45)
6. DIGGER (19.45 - 20.30)
7. PRO-CREATION (20.30 - 21.15)
(wstęp 2,00 zł)
# 19.10. - godzina 17.00
POLSKIE KINO OFFOWE
Maciej Buchwald - "Nie ma o czym milczeć"- najbardziej nagrodzony polski film offowy
PREMIERA Marcin Stankiewicz - "Juma"
PREMIERA Paweł Łukowski - "x2"
Mirosław Ropiak & Eugeniusz Klucznik - "Byzuch"
(wstęp wolny)
SERDECZNIE ZAPRASZAMY
Hajer u Dalajlamy
Iwona Sobczyk
Po wypadku w kopalni, Mieczysław Bieniek mógł odpoczywać na górniczej emeryturze, ale wybrał podróże
Najgłębiej pod ziemią był na głębokości 780 metrów, najdalej od domu - na Papui i w Nowej Gwinei. Mieczysław Bieniek, emerytowany górnik, od małego wiedział, że na hałdzie świat się nie kończy
Bieniek na granicy Pakistanu z Chinami
Kopalnię Wieczorek widać z okien bloku, w którym mieszka. Mieczysław Bieniek. Przepracował tam 27 lat - jako ratownik, górnik strzałowy, a potem przodowy na ścianie. Miał kilka wypadków, ale tego najpoważniejszego, po którym już nie mógł wrócić do pracy, nie pamięta. - Jakby się czas zerwał. Opowiadali mi, jak to było, ale ja nie chcę do tego wracać - mówi Bieniek.
Po dziewięciu miesiącach spędzonych w szpitalach wrócił do życia. Ale już zupełnie innego, bo lekarze orzekli, że z zerwanym nerwem krzyżowym nie nadaje się na górnika. Mógł przejść na emeryturę i przez resztę życia odpoczywać. Tylko że nie bardzo uśmiechała mu się taka perspektywa.
- Byłem załamany, bo praca w kopalni to było coś. Dół - góra, dół - góra, przez tyle lat! A po wypadku jakby mi zabawkę zabrali, człowiek tylko siedział i patrzył. W końcu dorwałem książkę, nie pamiętam tytułu, facet opisywał jakąś wyspę. Pomyślałem: może to coś dla mnie?
Jak tylko Bieniek doszedł do siebie, kupił bilet do Indii.
Piechotą nad morze
Ale to nie była pierwsza podróż w życiu Bieńka. Dzieciństwo spędził na Wełnowcu, 150 metrów od pieców huty, w której pracował jego ojciec. - W latach 60. Japończycy robili tam jakieś badania i wyszło, że przy takim zanieczyszczeniu nawet trawa nie powinna rosnąć, a myśmy tam jakoś żyli. Dzieciństwo miałem wesołe - mówi.
Granice świata wyznaczała wtedy hałda między Wełnowcem i Siemianowicami. A ciekawość, co jest dalej, rozbudzały opowieści dziadka o morzu. Dziadek widział trochę świata, bo kiedyś pracował w kopalni we Francji. - Zanosiłem ojcu śniadanie, a potem z moim kumplem Rudolfem lecieliśmy na tę hałdę i zastanawialiśmy się, co jest dalej. Kiedyś postanowiliśmy to sprawdzić, ale okazało, że następna hałda. Cały czas myślałem, że gdzieś za tymi wszystkim hałdami musi być morze - wspomina Bieniek.
Przyjaciele postanowili je odnaleźć. - Sprzedaliśmy nazbierany węgiel i żelazo, a za zarobione pieniądze kupiliśmy po dziesięć bez i dwie pary trampek. No i poszliśmy nad morze. Dotarliśmy na stary dworzec w Katowicach i tam dorwała nas milicja. Zaczęli pytać, co tu robimy. My, że czekamy na rodziców. Dali nam spokój, ale już wiedzieliśmy, że pociągiem nad morze nie pojedziemy. Więc poszliśmy na piechotę. Mieliśmy po sześć lat - opowiada Bieniek.
Chłopcy doszli do Dąbrowy Górniczej, gdzie nad ranem milicja znalazła ich śpiących w rowie. Tak skończyła się pierwsza podróż małego Mietka. Ojciec wytłumaczył mu pasem, co jest za hałdą. - A morze zobaczyłem dopiero po kilkunastu latach - dodaje Bieniek.
Chcesz jutro lecieć do Singapuru?
Indie to był kompletny przypadek. - Otworzyłem mapę świata, zatoczyłem palcem i wyszły Indie - mówi górnik. Pierwszy miesiąc był tragiczny.
Bieniek: - Jak tylko wyszedłem z lotniska, Hindusi już coś ode mnie chcieli. Zdałem sobie sprawę, że nie mam mapy, nie znam języka i że przyjdzie mi tu teraz umrzeć. Trzy dni chodziłem w prawo, w lewo, aż doszedłem do dworca. Wtedy pomyślałem, że jak już tu dotarłem, to dalej też coś wymyślę.
Na dworcu kupił bilet do Kalkuty. Spotkani przypadkowo Polacy dali mu słownik polsko-angielski, z którym górnik z Nikiszowca przetrwał swoje pierwsze pół roku w podróży. Miesiąc spędził w Nepalu, dwa dni w więzieniu w księstwie Sikkim. Wcześniej Mietek spotkał na dworcu pewnego Hindusa. Dał mu przywiezione z Polski prince polo, a w zamian Hindus zaprosił go do domu.
Bieniek: - Osiem godzin jechaliśmy na motorze wysoko w góry do wioski otoczonej siedmiotysięcznikami. Nagle wyszło słońce, widok był taki, jakby ktoś zapalał te szczyty. Pomyślałem: Mieciu, przecież to jest kosmos!
W drodze powrotnej zatrzymało go wojsko. - Podobno przekroczyłem granicę. Tłumaczyłem, że tylko sobie idę. Zresztą, co to za kraj, co nie umie upilnować własnych granic? Chcieli ode mnie dwa tysiące dolarów. Powiedziałem, że jestem emeryt i nie mam takiej kasy - Bieniek jeszcze teraz się denerwuje. Wojskowi go zatrzymali na dwa dni, ale wypuszczając, zaopatrzyli w jedzenie i zawieźli na pociąg.
Po powrocie do Polski Mietek zaczął przeszukiwać internet w poszukiwaniu tanich biletów lotniczych, bo wiedział, że wyprawa do Indii nie była jego ostatnią. Teraz jest specjalistą od szukania niedrogich połączeń.
- Dziewczyno, gdybyś w tej chwili chciała lecieć do Singapuru, to masz u mnie bilet za 84 euro, samolot z Berlina. Tylko musiałabyś się zbierać, bo jutro odlatuje - śmieje się Bieniek. On by nie miał z tym problemu, bo obok kanapy zawsze leży na wpół spakowany plecak.
Czasem jeździ stopem. Kiedyś wyszedł z domu na skrzyżowanie przy stacji benzynowej z tabliczką "Bejrut". Ludzie dziwnie patrzyli, ale ktoś go w końcu wziął. I Mietek w miesiąc dojechał do swojego Bejrutu.
- W podróży śpi się, gdzie się da, żeby było najtaniej. Na plaży, u ludzi, czasami ktoś cię zaprasza do Hiltona, innym razem śpisz w rowie. Takie życie - wzdycha.
Film o podróżującym górniku
Po Indiach przyszedł czas na wędrówki po Afryce, Ameryce Południowej i pozostałej części Azji (ten kontynent zjeździł prawie cały). Był m.in. w Afganistanie, Pakistanie, Tajlandii, Chinach, Wietnamie, na Sumatrze i w Birmie. I w krajach, których nazwy mało kto słyszał. - Birma to strasznie totalitarne państwo. Wszystkiego się boją, nie pozwalają robić zdjęć, bo wszystko jest obiektem militarnym. Podchodzi do mnie wojskowy i mówi, że mam oddać kliszę, bo sfotografowałem most, a przez most szła krowa. Prawdopodobnie to ona była obiektem militarnym. Mam na takich sposób - Bieniek znów się uśmiecha. Kiedyś nakupił na Allegro starych polskich banknotów i rozdaje po świecie "Świerczewskiego" i "Waryńskiego". Sprawdzają się świetnie jako łapówka. Wojskowy uległ urokowi polskiej waluty, a Bieniek mógł zobaczyć wyciąganą raz na pięć lat na jezioro Inle pływającą świątynię - całą ze złota.
Kiedy skończył 50 lat, pomyślał, że warto byłoby odwiedzić Dalajlamę. Potem na castingu do filmu "Benek" Glińskiego, na który przyszedł z ciekawości (jak to odkrywca nowych terenów i poszukiwacz wrażeń), spotkał Pawła Wysoczańskiego, studenta Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Mietek mówił o swoich wyprawach, a Paweł pomyślał, że nakręci film o górniku mitomanie. Nie wierzył w opowieści Bieńka, dopóki ten nie wyciągnął z plecaka zdjęć z podróży. Wysoczański postanowił namówić górnika na wspólny wyjazd - z kamerą, oczywiście.
Mietek na początku nie chciał się zgodzić. - Często mam ataki: zaczynam się trząść albo dostaję bólu głowy. Ktoś będzie patrzył, jak się zwijam z bólu? Bez sensu! - wyjaśnia podróżnik.
Wysoczański nie mógł od razu jechać, bo kończył pracę przy filmie, więc Bieniek wyruszył sam. Mieli się spotkać w Delhi. Mietek wędrował przez Ukrainę, Charków, w kierunku północnych Chin i dalej do Pakistanu. - Po drodze góry: Nanga Parbat, K2 i inne. Mam pylicę, praktycznie 40 proc. płuc to kamień, więc jest granica, której nie przekroczę. Dochodziłem do wysokości czterech tysięcy metrów, dalej mój organizm się buntował. Nie możesz się zabić dla własnej przyjemności - wzdycha Bieniek.
Hajer u Dalajlamy
Opowiada, jak spotkał Kalaszy, potomków żołnierzy z armii Aleksandra Wielkiego żyjących w Pakistanie, których świat odkrył dopiero w latach 60. zeszłego wieku. O jeziorze na pograniczu z Afganistanem, nad którym o mały włos nie zamarzł. Żeby się ratować, spalił część wyposażenia strażnicy granicznej, za co został nad ranem aresztowany przez Afgańczyków. - Nie mogli się ze mną dogadać. W końcu ściągnęli gościa, który mówił po angielsku, i wytłumaczyłem, że nie jestem żaden wojskowy ani szpieg, tylko szukam przyjaciół na świecie - mówi Bieniek.
Wspomina, jak poznał jednego z prezesów Toshiby przebranego za taliba, który mógłby kupić sobie kawałek Europy, ale podróżuje po świecie, śpiąc w najgorszych miejscach, bo tak jest ciekawiej. Opowiada o spotkaniu z łowcami głów z wyspy Subirut, którzy jedzą najlepszą rzecz na świecie. - Robale żyjące w dżungli. Pierwszego ze strachu połknąłem w całości, następnego przegryzłem. Miód, malina! - mówi podróżnik.
W północnych Indiach spotkał Dalajlamę, i to dwa razy.
Bieniek: - Widziałem go, jak szedł przez krużganki z otwartą książką. Dwóch ochroniarzy po bokach, o mało mnie w podłogę nie wbili, jak zobaczyli, że podchodzę. Powiedziałem, że przyjechałem się z nim pomodlić. On patrzy na mnie i pyta, czy jestem buddystą. Ja, że nie, katolikiem. To czemu do mnie? No bo ty jesteś dobrym człowiekiem. To kazał mi przyjść o dziewiątej i pozwolił przyprowadzić Pawła.
Filmowiec dostał tylko dziesięć minut, a Bieńkowi udało się podarować Dalajlamie przywiezioną z Polski serwetkę, którą wyhaftowała jego znajoma - z dwoma łabędziami i życzeniami po angielsku.
Bieniek: - On tak mruczał, mruczał, potem położył mi rękę na głowę, uśmiechnął się i poszedł. Tyle go widziałem. Natychmiast przyleciał jakiś dziennikarz z pytaniem, kim ja właściwie jestem. Ja? Hajerem! Nie wierzył.
Kolegom nie mówi, że mieszkał w domu Churchillów
Nakręcony podczas podróży do Dalajlamy film "W drodze" Pawła Wysoczańskiego miał premierę w zeszłym tygodniu. Bieniek nie chce o nim za dużo mówić. - To film Pawła, miał prawo do swoich przemyśleń i wizji - ucina.
Zaprzyjaźnili się. Planują kolejną wspólną wyprawę, tym razem do Afryki. - Fajnie się z nim jeździ, bo jest uparty jak ja. Cała zabawa polega na tym, żeby dostać się do miejsc, do których nie chcą cię wpuścić - dodaje górnik.
Na razie wyjazd odłożyli, bo Bieniek musi iść do szpitala: - Mam cykora. Do szpitala to jest dopiero podróż!
Lekarzom nie chwali się podróżami, żeby się nie denerwowali. Wyjeżdża, kiedy przygotuje sobie zapas leków, wraca, kiedy się kończą. No i jak już mocno stęskni się za żoną Iwoną. - Ona zawsze bardzo mnie wspiera - dodaje podróżnik. Ich córka uczy się i pracuje w Anglii.
Sąsiadom i kolegom z kopalni też o podróżach nie opowiada.
Bieniek: - Jakbym powiedział, że rozmawiałem z Dalajlamą, mieszkałem w domu Churchillów, podałem rękę Putinowi, toby mnie na leczenie wysłali. Powiedz tu komuś, żeby się ruszył! Na piwo i owszem, ale nie dalej.
Skąd bierze pieniądze na podróże? Każda niekupiona paczka papierosów, każde niewypite piwo to parę dolarów więcej na bilet na koniec świata. Bieniek: - Skoro dotarł tam emerytowany górnik z Katowic, to przecież każdy może. Nie wolno tylko bać się ludzi. Bo jak się boisz, to pewnie masz niecne zamiary. Nie dzielę ludzi na dobrych i złych, tylko na mądrych i głupich. Tyle szczęścia, że głupich jest mniej.
2008-10-08 [wydarzenia]
|