|
Stos Gitar Robert Rybicki
Stos gitar
Nitka
w labiryncie, spacerek w obłoczkach
oddechów czarnego byka, który zamiata
ogonem okruszki po ofierze z głębin
zasłoniętych pleksiglasem; śpiewnik
miał okładkę ze zlepionych odnóży
stawonogów. I co pomógł śpiewnik?
Nic nie pomógł śpiewnik. Litery
gryzły w usta i między zębami składały
pleśń do kupy, litą jak mur z betonu
bunkrów tłustych jak spieczony boczek.
Światło rzucało po eksplozjach fale
jak błąkający się eternit kruszejącej frazy.
Świniodup, czyli facet, który posuwa świnie,
wytacza taczkę zboża przed pustelnię, wysypuje
po nachyleniu migotliwą rzekę zboża, nad którą
pikują mewy i gawrony, które urywają się
z chmur skondensowanych w beton, w ceramikę
twarzy miśnieńskich strzelców doborowych.
Nitka się rwie z czapki, z kamienia, czas
zostawić czas w spokoju, może lepiej
zostawić czas samemu sobie, niech pląsa
jako pojęcie; a my, gdy się uwolnimy
spod ucisku czasu, bo czas, upływając,
uciska, rozprawimy się z logiką.
Logiko, w tej frazie trząś zadkiem.
Jedynym usprawiedliwieniem dla Ciebie
jest praktyka zastosowania w hierarchii
stada. Nie podskoczysz bioetyce. Logiko.
Jedynym, co Ci daje siłę, jest erystyka.
Logiko, jesteś dodatkiem do erystyki.
Czas wrócić do codziennych zajęć,
aby się przedrzeć do siebie. Rząd
pralek automatycznych w źrenicach
bębnów rozkwita obrotami. Między
mózgiem a centrum Galaktyki napręża
się nić, która, gdy się przerwie, zaśnie.
Kupka.
Leci samolot oka. Gałka oczna ze skrzydłami.
Dzień dobry. Mężczyzna, z psem, oczywiście,
wybierał się na przełaj łąki, ciągnąc za sobą
chybotliwy cień aż po horyzont u wschodu.
Na jednej ze współrzędnych, wymacanej
przez pryzmat satelity, wehikuł obracał
bezprzewodowym spojrzeniem kamery
ze skrzydłami. Empatia sztucznych tworzyw,
turlająca się puszka w zaułku, skąd skręca
się z reguły obok kościoła z fasadą
pociętą przez kolumnadę, dwóch Murzynów
w kapturach klnąc wymienia się książkami.
Książki są jak kamienice. Gdy postawić je
w rzędy, uzyskamy imitację pierzei. To
pozwoli na szybsze przetaczanie informacji
transgalaktycznymi kanałami, niedostępnymi
dla Logosu. Zdecydowanie bardziej
medialnie wyglądają stosy płonących książek.
Dzięki dramaturgii płomienia Słowa zyskują
na tymczasowości. Dorzućcie, bo zimno.
Wytrzymałość
przestrzeni, jej giętkość, żadnych
układów odwzorowań. Na scenie leży kamień.
Pchanie jednego z wózków. Przypadkowo
napotkany autor wiersza na spleśniałym papierze,
podobno jego wartość za rok będzie oscylować
w okolicach miliona funtów. Podnoszę
łupinkę orzecha, tracę koncentrację.
Jestem zgniłą bryłą mięsa, zszedłem
z haka. Idę przez mięso.
Wskakuję do stosu ubrań, do stosu włosów,
do stosu butów, do stosu protez i
do stosu walizek. Do stosu gitar.
Jestem mięso, które zeszło z haka,
nakładam tiulową otulinę, żeby nikt
nie powiedział, że jestem mięso.
Widziałem mięso wciągające dym
z zielska, widziałem mięso przepłukujące
płynem zęby wychodzące z mięsa,
mięso ciągnie bezwładną nogę.
Na mięsnym przedramieniu mięsa
złoty zegarek, na odsłoniętych żebrach,
na obojczyku mocarny, złoty łańcuch.
Nie ma piękniejszego zderzenia niż
surowe mięso i złoty naszyjnik.
Obrzydzenie nie jest właściwym Słowem.
Bardziej obrzydzenie jako styl życia, gdy
wzrost ceny twarzy coraz bardziej dokucza.
Aby
napisać ten wiersz, zmniejszyłem
ogień do minimum, by zupa nie wykipiała.
Otwarłem plik, gdy zadzwoniła Ela,
bo potrzebuje aparatu, ponieważ idzie do
ambasady, oczywiście trzeba zrobić materiał
do gazety, więc trzeba pstryknąć fotki.
Aparat mam ja. Wiersza jeszcze nie ma.
Ktoś się przyczepi, że wiersz jest, bo widać
go. Zupa wykipiała. Ala ubija mięso na
schabowe. Codziennie mięso, jak tak można?
Ela chce zrobić zdjęcia w ambasadzie.
Ala zamierza zrobić schabowe, a ja piszę,
wreszcie, chociaż to tylko zmaganie się z
pisaniem, zaglądanie jak do piwnicy przez
okienko. Czy kartofle jeszcze są?
Niech wszyscy spierdalają. Albo lepiej niech
ja sam spierdalam. Zresztą każdy mógłby tak
powiedzieć. Co nam może pomóc czyjś
ściszony głos, który chciałby nam rzec,
że tak pięknie jest, aż słońce wypala
wierzchnią warstwę księżyca, a nam
siwieją włosy na doświadczenie niczym
nieuzasadnionej grozy istnienia
tylko w tym wymiarze, jaki znamy
od dzieciństwa, niepodrabialnego
za pomocą dekoracji, jaką nam
przedstawia tradycja potocznej estetyki.
Za estetyką, jako utrwaleniem piękna,
czai się przemożne pragnienie zysku.
Życie jest składową śmierci.
Śmierć jest składową nieskończoności,
również w jej matematycznym
wymiarze. Lęk jest niedoznanym.
Zrzucam ubranie ze Słów i myślę
piszczelem. Z daleka drży łopot
helikopterów rzucających pod siebie
smugę światła, która przecina ścieżki
podążających ku rozkwitającym porankom,
skrzętnie dozorowanym przez elektryczną
pamięć, która otwiera na nasz widok
ramiona blasku.
Odpływ.
Wymiecione wcześniej wodorosty, poskręcane
jak jelita, łopoczą na wietrze, odsłaniając
krystaliczne małże wśród kremowo-różowych
otoczaków, między którymi ostrożnie stawiają
swe łapki mewy, co rusz spoglądając plażowiczom
w głąb pamięci; tak też odpływa świadomość,
zostawiając maleńkie zgliszcza. Niezależnie od tego,
czy wrócimy tu, czy nie, nie docieczemy ilości
ziarenek piasku, tak samo jak ilości gwiazd; niezależnie
od tego, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy, coś będzie zawsze chciało
wymknąć się własnemu kształtowi, nawet nie uświadamiając go
sobie do końca: ani na początku, ani na końcu.
Akt przyzwolenia, jaki dajemy sobie samym, jaki
ktoś nam przyznaje, albo my przyznajemy innym,
nie ma znaczenia. Wymiecione wcześniej wodorosty
łykają łapczywie każdą pobliską falę, choć jeszcze nie nadeszła,
małże ściskają skorupy z całych sił, aby przetrwać do
przypływu. Mewy nadal przeszywają wzrokiem
pamięć, szukając luki, która prowadzi do lęku. Morze
jest świadomością. Umysł zatacza kręgi jak Galaktyka.
Dokądś jednak zmierzamy. Skądś nas przypchnęło.
Początek czegoś, koniec czegoś, to zwykła grzecznościowa sprawa.
Cokolwiek się zdarzy, będzie tylko wypadkową
rozwoju i zaniku pierwotnych form energii.
Być może mówię. Być może milczę. Ktoś kiedyś
ładnie wspomniał o Wielkiej Encyklopedii Mroku
i skończył w psychiatryku jako nieokiełznany furiat.
Zdarza się. Wymiecione na skraj skalistego wybrzeża
kraby, nie omiecione spojrzeniami łowców, zasuwają
po ostrych krawędziach, na których rozprułaby się ludzka skóra.
Zbieramy te skorupy jaźni, sklejamy i cieszymy się,
jak młodzi archeologowie, świeżo po szaleńczych studiach,
którzy dorwali się do przypadkowego grajdołka na obrzeżach
prowincji. Nasze mózgi, gdy nas wykopią kiedyś ci,
o których istnieniu nawet nie śnimy, będą rozczulające
jak rodzynki, z których powodu było kiedyś tyle radości.
Coś się więc konserwuje. Niby zamiera, straszy
przyszłymi jeszcze wspomnieniami - ale też dobrze się poczuć
jako część rozpirzającej świadomość energii, która, gdy tylko
jej musnąć, pozwala milczeć i zwalnia od uporu istnienia.
To oczywiste, że samemu można się zamienić w zegar,
stojąc cały dzień w słońcu. Wskazówka cienia zbliża się do
horyzontu. Oddech staje się coraz krótszy. Zatrzymuje się.
Słońce pod powiekami rośnie czerwoną kulą.
Zamknięcie.
Otwiera się spadochron światła. Być może jest to sztuczny ogień.
Być może jest to język jako system powiązań między znaczeniami.
Nie wątpię, że jest to ów sławetny blask przed wybuchem bomby
atomowej. Całkiem prawdopodobne, że rozkwita pąk magnolii,
którego zetnie przymrozek. Z drugiej strony - przymrozku może nie być.
Wychyla się rożek ślimaka, to też brałem pod uwagę. Niewykluczone, że
jest właśnie schyłek lata i plażowicze zwijają swój wakacyjny dobytek.
Jak więc wylądować w sobie? Czy, gdy stwierdzę, że jestem planetą,
zostanę oskarżony o odchylenie od orbity i spowodowanie zagrożenia
na skalę całej Galaktyki? Możliwe, że Galaktyki nie ma.
Przeglądam się w lustrze i widzę pysk kozła górskiego.
Rozwija się spadochron światła. Twarz jest lustrem.
Lustro jest kamieniem. Matematyka jest kieratem,
który napędzany jest siłą mięśni luksusowych
niewolników. Gdy patrzę w lustro, ktoś zagląda
przez ramię, myśląc, że czytam księgę - właśnie
jego - myśli. To jest zwykła kartka papieru.
Spadochron światła nadyma się i stąd dobrze widać, że nie jest
to spadochron światła. Jest to korkociąg opierający się instrukcji.
Ciągnąć, dryfować, zamazany kształt zahacza o horyzont, odległy
jak oczy umierającego - z błogim uśmiechem na twarzy.
Określenie jest zabójstwem dla tematu.
Temat z samego założenia nie istnieje.
Poprzez wewnętrzną niespójność sugerowanego
przez świadomość, dojść można do wolności,
którą najpełniej wyrazić da się poprzez
dryfowanie w niebycie.
Każde zdanie oznajmujące nie jest prawdą.
Z tego wiersza dobrze to widać. Możliwe, że nie jest to wiersz.
Możliwe, że nie jest to bredzenie. Możliwe, że nie jest to zdanie.
Możliwe, że jest to spójna logika. Możliwe, że to jest prawda.
To jest zwykła kartka papieru. Tamto jest stół.
To jest stół. Lekcja.
To jest stół. To jest ja. To jest ekran.
To jest okno. To jest ściana. To jest głośnik.
To jest klawiatura. To jest płyta CD. To jest ciemność.
To jest dźwięk. To jest szafa. To jest obraz.
To jest pocztówka. To jest agrafka. To jest butelka.
To jest kartka. To jest krzesło. To jest gazeta.
To jest klamka. To jest książka. To jest szuflada.
To jest torba. To jest poręcz. To jest dom.
To jest trawnik. To jest chmura. To jest matka.
To jest ojciec. To jest dziewczyna. To jest chłopak.
To jest coś. To jest dzień. To jest noc.
To jest koń. To jest podłoga. To jest przycisk.
To jest opakowanie. To jest ołówek. To jest nakrętka.
To jest monitor. To jest kwiat. To jest suszarka.
To jest kaloryfer. To jest parasol. To jest taca.
To jest słońce. To jest lampa. To jest kubek.
To jest łyżka. To jest kabel. To jest but.
To jest palec. To jest długopis. To jest spinka.
To jest ucho. To jest nos. To jest pas.
To jest sen. To jest świecznik. To jest kosz.
To jest klosz. To jest żarówka. To jest sufit.
To jest ściana. To jest lustro. To jest rama.
To jest wata. To jest skarpeta. To jest beret.
To jest księżyc. To jest komin. To jest kot.
To jest kadzidło. To jest telefon. To jest portfel.
To jest łóżko. To jest spinacz. To jest śmietnik.
To jest nakrętka. To jest moneta. To jest tusz.
To jest kałamarz. To jest bluzka. To jest torba.
To jest wentyl. To jest świeczka. To jest pierścień.
To jest kamień. To jest kolczyk. To jest tabletka.
To jest broszka. To jest drzewo. To jest akacja.
To jest płot. To jest kubek. To jest szklanka.
To jest ulotka. To jest dach. To jest poddasze.
To jest róża. To jest wazon. To jest woda.
To jest gazeta. To jest wałek. To jest cukier.
To jest pompon. To jest kredens. To jest parapet.
To jest podkładka. To jest spodek. To jest przedłużacz.
To jest parasol. To jest gniazdko. To jest puszka.
To jest przełącznik. To jest deska. To jest scena.
To jest reflektor. To jest sofa. To jest fotel.
To jest grzebień. To jest włos. To jest człowiek.
To jest noga. To jest naszyjnik. To jest herbata.
To jest cytryna. Tu jest chustka. To jest szal.
To jest spryskiwacz. To jest felga. To jest samochód.
To jest paznokieć. To jest głośnik. To jest procesor.
To jest papieros. To jest telefon. To jest szyja.
To jest pestka. To jest obcas. To jest szynka.
To jest samolot. To jest sałata. To jest magnetofon.
To jest pomidor. To jest stragan. To jest śmietana.
To jest garaż. To jest ołówek. To jest akacja.
To jest ogród. To jest broda. To jest podbródek.
To jest fajka. To jest niebo. To jest kość.
To jest kamień. To jest okap. To jest antena.
To jest kiełbasa. To jest mysz. To jest lodówka.
To jest podłoga. To jest wanna. To jest żaluzja.
To jest lokomotywa. To jest teatr. To jest chodnik.
To jest mur. To jest trawnik. To jest śmiech.
To jest szczur. To jest sznur. To jest miedź.
Strzał w dziesiątkę.
Przez rozmyty kalafior snu zagłuszone
reminescencje nerwów oplatające świadomość
jak winorośl, mszyce, sekator ciemności
odcina kolejny kupon radości, ości
Słów nadziewają czas jak wykałaczki
skondensowanego wycia. Mam w ręce
serce jak kamień wyjęty z pogorzeliska.
Słowa, byłe, o mądrość ledwie się zahaczyły
i wskrzesił się plusk ciężkiej wody jak
wyświetlacz telefonu o kształcie zmutowanej
krewetki, czołgającej się do miąższu
nieprzewidzianego chleba przyszłości
sprasowanego w pastylkę. Cóż po
doskonałości, której kres (jeśli sama
nie jest kresem zmysłu) mnoży centra doznań
jak lód lodówkę, która pragnie rozmrożenia
tego, co wydzieliliśmy z siebie, kucając.
Wydzielone drepta za nami jak wij albo
stonoga, zakręt czyha na prostą. Przyłapuję się
na trzymaniu własnej głowy, z której
zwisa kropla pamięci. Ponoć wystarczy siebie
podnieść jak coś, co, włożone w łychę katapulty,
będzie przepowiadać sobie męska trajektorię
ku nieznanemu lądowi. Ponoć wystarczy,
choć o tyczce zmysłów przeskoczyć można
całą Galaktykę, choć samemu, lub samej,
jest się jak musze w oknie rozpędzonego
ekspresu. W pozłacanej muszli
ucha czarny miód.
Czy
pasjonuje Cię Twoja prywatna
maska patosu, którą zakładasz,
albo która na Ciebie czasem wskakuje,
bo nie masz szans się przed nią obronić,
takich technik używają Ci,
którzy na patosie chcą
Trzymaj się zdrowo - podpowiada komputer
wierszowi.
Nie mam czasu i miejsca na to,
żeby wpaść w trans! Obręcz
Systemu ściska czaszkę!
Widzę głębokie średniowiecze.
Widzę w tym głębokim średniowieczu
przyklasztorza, w których
tworzy się nowoczesna nauka.
Widzę i odsuwam się.
Przychodzę na imprezę i zdejmuję głowę.
Zdejmuję głowę jak olbrzymi hełm
płetwonurka. Widziałem ciemność
przez zaparowane szybki. Keson.
Zaparkowane światła. Zadaszone epolety.
Muzułmanin przed meczetem. Kolebka.
partyzantki. Mżawka stłuczeń. Migotliwe
zapachy unoszą się z impresjonistycznej kuchni,
śniadania, myśli. Powiedz, klepsydro,
ile mi dajesz czasu na dokończenie
siebie,
czy dasz szanse zaistnieć w pełni we własnym
prywatnym Panteonie szaleństw przyszytych
do racjonalnych posunięć?
Czuję, że płynę wzdłuż brzegu
transgalaktycznej wanny, noga ociera się
o szorstki brzeg żarna, które miele pamięć.
Jestem pierwszym pływakiem, w głowie
płyn mózgowy, w którym ścigają się
zapamiętali zawodnicy.
Całe światło przeszło przez pryzmat języka
i objawiło swoją tęczę objawień.
Zwykłe lustro - a rozszczepia twarz na składowe!
Z twarzy schodzi zewnętrzna warstwa jak przeźroczysty jak tiul plaster sera, przez który widać mozaikę grymasów w nieco przybrudzonym expose.
Za tą warstwą tętni rozżarzony kamień.
Jest to skorupa raczej niż kamień, bo pęka, ale wewnątrz są sprasowane śmieci do tego
stopnia, że ważą więcej od Słów, nawilgłe są śmieci. Zmokłe są te śmieci, spuchnięte.
Na śmiechu - się może skończyć.
Kubek
do gry w kości, kupa
szczęścia wrzuconego między
korzenie wystające z ziemi, wieżowce
korzeni, nóż światła kroi cień na plastry,
wychodzi wygrana czasu poszatkowanego
przez sekundnik świadomości, marzenia
chroboczą o widzialne: przywiąż cieniowi
swemu kamień do szyi i idź spać.
Gdy się obudzisz, rozejrzyj
się dookoła, bo możesz na siebie
natrafić w najmniej spodziewanej
wyrwie świadomości. Spienione światło!
Skąd dobiega to spienione światło wirując jak morska piana!
To spienione światło, które zmienia się w głaz światła!
Emanować, emanować, krzyczą drobinki!
Próbuję namierzyć sputnik głowy.
Z mroku wyłania się twarz gnoma.
Na twarzy gnoma rysuje się tępota.
Patrzcie jego mięsiste wargi! Te małe, chytre oczka!
Twarz gnoma miga w płomieniu świecy muskanej przez przeciąg.
Skradam się wzdłuż ścian Labiryntu, a to, że jest to Labirynt,
wywnioskować można po zacienieniu miejsca i skomplikowanym
układzie dróg oraz przejść. Za rogiem każdego z nich
czai się cień byczego poroża, kłęby pary i smród
rozkładu. Kto ostatni został zjedzony w Labiryncie?
Co trzydzieści sekund ktoś w Labiryncie zostaje zjedzony.
Minotaury się rozmnażają bardzo szybko z braku naturalnych drapieżników.
Minotaury rozmnażają się poprzez pączkowanie.
Labirynt zapragnął mieć w swojej strukturze wieżowce.
Labirynt przeprowadzi się do podziemi.
Gdy dotarłem do Labiryntu, rok temu, nie wiedziałem,
że Labirynt weryfikuje ludzi, którzy przyjeżdżają do Labiryntu.
Labirynt powie prawdę. Przed Labiryntem stoi Dante z wypalonymi
oczami. Dante przeszedł cały Labirynt i oszalał. Po lewej wisi Blake.
Blake przeszedł cały Labirynt i się powiesił. Przed głównym wejściem
do Labiryntu stoi Dante z wypalonymi oczami - po prawej, a po lewej
wisi Blake z wywalonym jęzorem. Za Dantem drogowskaz: Labirynth 2 miles.
Dante i Blake się nie rozkładają.
Odprysk
mowy. Jakieś zdanie. Czy był również
świst pytajnika, skalny nawis, na którego
krańcu waha się ostatni wydech po zamknięciu
znaczenia? Jesteśmy pewni, albo nie, nie jesteśmy pewni.
Czy chcieliśmy coś powiedzieć? Nie, raczej nie,
lepiej niech ktoś inny powie za nas. Jesteśmy
silni i twardzi. Nie, jesteśmy miękcy, czy nie wiecie,
gdzie znaleźć lepszą kryjówkę? Albo może jesteśmy odważni
lub mądrzy? Istniejemy a potem nie będziemy istnieć.
Nigdy nie zaczęliśmy istnieć i w ogóle nas nie ma.
Zgłupieliśmy od wszystkiego do reszty.
Reszta jest milczeniem, to też jest możliwe.
Reszta jest nic nie warta. Reszta, czyli to, co po
nas pozostanie. Zarośnięte przez bluszcz nagrobki.
No, chyba że coś lepszego: zmurszały laptop
na dnie jaskini. Ci, którzy przyjdą po nas,
wzdychać będą do naszego życia, bo nie
ma chyba bytu wśród bytów, który nie chciałby
być innym bytem (to byłaby wolność -
móc być takim bytem, jakim się chce;
ale ile w tym klasycznej nieodpowiedzialności!).
Jakaż w tym pociecha, że ci, co przyjdą po nas
będą wzdychać do czasów, które zdarza nam się
przeklinać:
co ja plotę! Przecież nawet nagrobków nie będzie!
Już widzę siebie pod lodowcem. Widzę siebie
zasypanego przez wędrujące wydmy. Widzę
siebie na dnie morza. Nie ma nic lepszego
pod względem terapeutycznym, jak widzieć siebie
w którymś z takich jakże uzdrowiskowych miejsc.
Widzę połyskujący w słońcu lodowiec alpejski.
Widzę czerniejący przed zmierzchem horyzont pustyni.
Widzę szamaragdowo-turkusowe rozedrgane morze.
Gdybym był nawet najpiękniejszy na świecie,
wypielęgnowany jak Wiśniewski albo Beckham,
wybrałbym los lodowca, pustyni albo morza.
Nie chodzi o nieśmiertelność czy wielkość.
Chodzi o zwykłe trwanie w równowadze
Galaktyki, bez eksponowania świadomości.
Mówię:
poprzez akt mowy chcę przekazać:
scala nas wiązka wymowy: przez
pryzmat świadomości docierają do
nas światła odległych gwiazd i
zaczynamy mówić niestworzone
rzeczy o kamieniach przenoszonych
wzrokiem. Gdy się opamiętujemy,
niesie nas śmiech kolumnad,
ustanowionych na fundamencie
zmielonych w cement czaszek. W tym
momencie warto wspomnieć o karzełku,
który krzyczał: zwycięstwo! zwycięstwo!
spychany przez kwadratowych mężczyzn
śliniących się na tłusty zysk i pachnące,
powabne damy. Czy ktoś się przesłyszał,
słyszał, słyszałeś coś? Przez
zamglone światło przedziera się
ręka: wiązką wymowy naprowadzamy się
na źródła dźwięku i światła. Ręka
waha się, czy napotkać coś,
czy nie? Trywialnie to zabrzmi, ale
w każdym momencie życia nie
wiemy, gdzie jesteśmy, no gdzie
jesteśmy, gdzie jesteśmy,
gdzie jesteśmy, gdzie jesteśmy,
kończ waść, gdzie jesteśmy, gdzie
jesteśmy, gdzie jesteśmy, kończ, gdzie,
jesteśmy, jestestwa, kończ, gdzie
jesteśmy, gdzie jesteśmy, gdzie
jesteśmy, jesteśmy, nie jesteśmy,
jesteśmy, nie jesteśmy, gdzie
jesteśmy, kończ, jesteśmy,
nie jesteśmy, gdzie jesteśmy,
jesteśmy, nie jesteśmy, gdzie jesteśmy,
jesteśmy, nie jesteśmy, gdzie jesteśmy,
jesteśmy, nie jesteśmy, gdzie jesteśmy?
Język jest bez sensu.
Maszyny na parkiecie.
po Anty-Party
Dobrze zdaję sobie sprawę, że te wszystkie
kręcące się tyłki to tylko cyrk bez praw
autorskich. Kiedyś wejdą do kapsuły z nazwą
USA, która zmiele je jak w maszynce do
mielenia mięsa. Przez oślizgły, metaliczny
otwór spadać będą połcie zmielonego
mięsa. Przez mniejszy proszek z kości.
Ze ścięgien sznurki do snopowiązałek.
Na pierwszym pasie transmisyjnym
połcie zmielonego mięsa formowane są
w pulchne pulpety, które pakowane są
w owijarkach. Na drugim pasie trans
misyjnym proszek z kości staje się budulcem
dla produktów użyteczności publicznej.
Maszynami sterują kwadratowe kobiety
o umięśnionych łydkach. Oczy przeskakują
po diodach. Manager podłączony krwiobiegiem
do sieci manipuluje swoją komórką.
W Pentagonie przeprowadza się badania
na ludziach. Nowy Mengele idzie na
lunch z prezydentem, podano indyka.
Produkcja pulpetów przybiera na tempie.
Codziennie nowe ciężarówki tyłków.
Wzgórze zamrożonych ludzkich tyłków
jak wzgórze oszronionych połci,
rozpłatanych świń, dorszy, kur w
podrasowanym elektronicznie kateringu.
W "Restauracji Kanibalskiej" podaje się
rosół z człowieka, panierowany płat wątroby,
panierowane oko razem ze scottish egg, na
jednym talerzu z koperkiem jako dekoracją,
szwedzki stół, na nim gulasz z napletków
i wzgórków łonowych, pieczeń z przedramienia,
duszony bark przystrojony krewetkami i
sałatą morską, szaszłyczki z mięśni
podbrzusza, bardzo oryginalny przepis,
także gotowane jądra, serce, przekrojone na
pół, podjarane na ruszcie i w piekarniku,
rolady, a w środku cebulka i siekane powieki.
Nowy Mengele, a naprzeciwko Nelson Mandela.
Tyłki idą na dyskoteki, podpierane cieniutkimi
szpileczkami, wspierają się na nich korpusy obleczone
materiałem wykonanym na obrzeżach cywilizacji.
Są to korpusy Maszyn wspartych na tyłkach.
Tyłki się ruszają, Dzikołaki stoją pod ścianami.
Świńskie, rzeźnickie twarze bez wyrazu.
Dzikołaki mordują wszystkich tępotą.
Ich mózgi działają jak tykanie zegara.
Jedynie podczas snu coś się otwiera wokół jaźni.
Jaźń Dzikołaka, czyli mężczyzny z korpusem
dzika, owłosiona twarz, wystająca dolna szczęka,
obślinione wargi, wystające miniszable,
jest jak tykanie spóźnionego zegara.
Dzikołaki czasem zbliżają się do Maszyn
poruszających tyłkami, mierzą się na czaszki.
Starsze Maszyny na parkiecie sztywniej się ruszają.
Mengele otrzymuje startera: paluszek do ogryzienia.
Mandela otrzymuje startera: opanierowane oko.
Czeka na nich jeszcze grillowane ucho Murzyna.
Maszyny, chwiejąc się, opuszczają ocieplone pomieszczenie.
Za nimi idą Dzikołaki popędzane pragnieniem konfrontacji.
Urwane krzyki, nawoływania, nagły błysk, ktoś leży.
W jednym z pobliskich domów ktoś szuka cyfry do sudoku.
Wzdłuż popękanego murku - zatrzymuje się wychudzony lis.
W perspektywie bloku wydłużonego w nieskończoność.
W perspektywie. Postać w kapturze, na dalekim planie,
działa na nerwy jak martwy punkt. Działa czysto
estetycznie. Działa, bo pasuje w kategoriach obrazu.
Pierwszy pas transmisyjny się zatrzymuje, przerwa.
Drugi i trzeci wałkują cołokciowe odległości.
W kamienicy, która jest ciągnącą się na jardy
pierzeją Labiryntu, miga ekran w ciemności.
Cień oglądającego podnosi się w górę, podskakuje.
Okno najnowszej generacji zatrzymuje wyobrażony okrzyk.
Do pamięci docierają zamrożone wspomnienia.
Para Maszyn przechodzi przez ulicę, rozglądając się.
Najnowsze doniesienia w dziedzinie genetyki.
Pan Mandragora, z przekrzywioną głową w pół,
wysoki jak tyka, przełamany, zgrzyta olbrzymimi szczękami,
w białym smokingu, który okazuje się być starą kołdrą,
kiwa głową jakby przeczył w zwolnionym tempie.
CentralZombies, wychudzone do szkieletu postaci
mające percepcję przenikającą świat tych, którzy odeszli,
machają upiornymi, dwumetrowymi ramionami jak
wiatrakami, polując z zasadzek pod ziemią w parkach.
Ktoś przewraca Księgę Etyki, zamknięty, w samotni.
Wzdłuż popękanej ściany gmachu - zatrzymuje się wychudzony lis.
Z Labiryntu nie ma wyjścia. Nowy Mengele, Nelson Mandela,
Pan Mandragora, Maszyny, Dzikołaki i wiele innych, musi
się strzec Minotaurów, których liczby nie zna Nikt, który
sprawuje kontrolę nad parodią Rynku i świetnie trzyma sprawy
związane z Cybereucharystią oraz innymi fenomenalnymi
zjawiskami w dziedzinie development'u Perzepzji.
Nikt nie został jeszcze uchwycony: wygląda zawsze
jak czarny kontur, ten Nikt, który sam nie podoła Minotaurom,
bo musi się z nimi dzielić człowieczym mięsem, w
pojedynkę jeden-na-jeden wygrywa, a nawet jest w stanie
zjeść Minotaura razem z kopytami bez beknięcia.
Nikt rozkłada plansze do gry w Labirynt. .
Przed południowym wejściem do Labiryntu wiszą:
Dante - z prawej,
Blake - z lewej.
Jeszcze do niedawna wisiał tylko Blake.
Dante stał z wypalonymi oczami.
Opowieści mówią, że Nikt nie zdążył.
Minotaur Petardas Żygul powiesił Dantego.
Na Mandelę czeka Lektux zaparkowany przed restauracją.
Lektuxa prowadzi się za pomocą gałek ocznych
i sygnałów rejestrowanych z podświadomości.
Pod wpływem leku paranoidol nie wolno prowadzić.
Strzępy lasu zarezerwowanego dla tych, którzy nie mają długów
energetycznych w centralce zasilania u podziemi
Katedry Pieniądza, która jest zgrabnym połączeniem gotyku
wpisanego w kopułę będącej częścią wielkiej kuli
z pleksiglasu plazmowego, i postmodernistycznego
kwadratopodobnego gmachu wtopionego w strukturę
krzyżowo-żebrowych sklepień: kolor różowy, oczywiście.
Strzępy lasu to kwadraty lasu sto na sto, co sześć kilometrów,
w równomiernych odstępach o proweniencji kryształowej.
Ludzie o czystych kodach genetycznych są w głębokiej defensywie.
Pojawia się moda na rasistowskie ataki na Mandragorów, Maszyny.
Maszyny dominują na parkietach. To one przenoszą geny.
Po urodzeniu dziecka ich tyłki idą na przemiał. W zamian
otrzymują nowe tyłki z substancją kontrolującą hormony.
Mogą więc po urodzeniu dziecka kopulować dla czystej przyjemności.
Nie ma chorób fizycznych, zostały one wyeliminowane dzięki sile
eksperymentów w Pentagonie. Nowy Mengele szuka sposobu
na choroby psychiczne. Ta epoka nazywa się Milowym Krokiem Psyche.
Wszystkie epoki są starannie zaplanowane, doskonale wiemy,
co będzie w przyszłości, dane przyszłości można otrzymać
dzięki procesorowi zainstalowanemu każdemu człowiekowi
po narodzinach. Dzięki dokładnej analizie genów i kosmicznych
uwarunkowań, wydrukowuje się kalendarz, dokładny co do dnia,
łącznie z datą śmierci i miejscem docelowym pierwiastka duchowego
po drugiej stronie Metaforum, gdzie dokonuje się przesył Duszy,
bardzo dobrego terminu w nauce teofizyka. Przesył nie może gwarantować
miejsca docelowego, które, owszem, można namierzyć. Można
przewidzieć, w jakim wymiarze wylądujemy. Metaforum
nie naznacza jasności drogi do innych wymiarów. Słabo odbierany sygnał
naznacza jedną z konstelacji jednego z przyjaciół Kronosa. Logika
przeszła ewolucję. W dalszych rejonach Labiryntu uprawia się zbieractwo.
Minotaury są tam na chwilę lub po drodze. Na herbatkę z pokrzywy.
Nikt nosi teleporter na przedramieniu, pojawia się w całej Galaktyce.
W innych Galaktykach nie robi interesów. Ma swoich CybArian,
którzy dokonują najlepszych procesów myślowych na Ziemi
używając kilkudziesięciu Kodów Porozumienia z kilku
Galaktyk. W mózgach będących wzmocnioną elektronicznie
wersją starej kory mózgowej mają opcje skanowania wzrokiem.
Do procesów logicznych wzmocniono pień kory i wszystkie
służące temu kanały podrasowując, ściśle trzymaną w tajemnicy
substancją, komórki mózgowe i proces trawienia krypto-
węglowodanowego; w szczególnych przypadkach korzysta się
z energochłonnego procesu telepatii, z kolei cała powierzchnia mózgoczaszki
pokryta jest substancją, która może przechwytywać energie elektryczną
z pierwiastków występujących w powietrzu i promieni słonecznych.
Ludzie często korzystają z porad CybArian. Ci używają transsensualnego design'u
dla zobrazowania procesów zachodzących w każdej strukturze, łącznie z Duszą.
Nikt jest jednym ze starych Pułkowników Oświecenia. Nowy Mengele
jest perfekcyjnym analitykiem, którego umysł wywodzi się od
prastarej teorii Wittgesteina; doskonała logika odbija się w doskonale
wycyzelowanej pedanterii zachowań, każde pociągnięcie laserlancetem
nie wywołuje bólu, a każdy Pacjent Mengelego jest wysoko ustawionym
Oficerem Aparatu Materiału, instytucji zajmującej się kalkulowaniem.
Z czasów współpracy Nowego Mengelego i Nikta w dziedzinie
cybergenetyki, elektrogenetyki, metagenetyki i archegenetyki
powstały Minotaury, CybArianie, Maszyny i Dzikołaki.
Wielkie hologramowe billboardy rozsiane po całym kosmosie
dawały za wzięcie udziału w Programie Nowej Ery, czyli szybkiej
adjustacji genów w Specjalnej Kapsule, gdzie jedna komórka pod
wpływem fal wygenerowanych z kosmosu zmienia strukturę DNA
w neoDNA, awans w hierachii Aparatu Materiału lub Katedrze Pieniądza
lub Urzędzie Przestrzeni. Ziemia jest zarządzana przez państwo Nowa Struktura.
Ludzie są obywatelami, którzy, jeśli chcą, spełniają marzenia, gromadząc
rzeczy, na jakie mają ochotę. Olbrzymia większość nic nie robi,
w nic się nie angażuje, zażywa paranoidol, alkokatatony, gra w gry,
które ma zamontowane w misternej sieci elektronicznej między
wszystkimi płatami odpowiadającymi za zmysły - nieskończoną ilość
scenariuszy i grafik. Kontakt ze światem zewnętrznym jest sporadyczny.
Jeden wysiłek woli powoduje czynność. Ludzie co jakiś czas muszą wyjść
z domu dokądś dla zbadania stanu świadomości. Dzieje się to raz na dziesięć lat.
Jeśli są zmiany w kodzie genetycznym, w Naprawczej Kapsule
w ciągu sekundy ustala się jego prawidłową formę i naprawia.
Jeśli są odejścia od losu - w Duszy, z powodu nadmiaru wrażeń,
delikatnie się je naprostowuje bez specjalnego wysiłku.
Jest to mały aparat z diodą i wystającym pręcikiem, którym
dotyka się dowolnego Czakramu na ciele delikwenta.
Zabiegi są bezbolesne i sprawiają wiele radości. Na tych,
którzy wracają z zabiegów, czekają w bramach Minotaury,
które liczą na łatwy łup. Jeden człowiek dla Minotaura jest
dobrą, kilkudniową strawą. Jeden z Minotaurów stoi na
zapleczu "Restauracji Kanibalskiej" wzdychając do kuchni.
Lecz wie, że Kucharze i Rzeźnicy są uzbrojeni w harpuny
miotające piorunami, Straszne Noże i całą aparaturę kuchenną.
Kiedyś była potyczka Rzeźników z Minotaurami.
Oprócz ludzi i stworów nie ma zbyt wielu istnień
oprócz wyselekcjonowanego, ale szybko rozwijającego się
królestwa roślin, które co pięć lat regularnie jest przystrzygane.
Jeśli pojawiają się nowe gatunki, ocenia się ich przydatność.
Dlatego dopuszczono do rozwoju odblaskowe róże, których
korzenie mogą wytworzyć prąd elektryczny i przesyłać go drogą
nawet satelitarną, a niektóre są w stanie kooperować
z pryzmatami energetycznymi rozlokowanymi w strategicznych
przestrzennie zakątkach sąsiednich Galaktyk. Z kolei
Kucharze i Rzeźnicy zostali stworzeni z mutacji genów,
w wyniku których mają wyostrzony węch jak u psów,
lepiej słyszą od ludzi i mają smykałkę do zarzynania,
patroszenia, wielki talent herborystyczny i gotowanie.
Są ludzcy, gdy nie mają zamówień na bankiety.
Sztuka pisarska została zarezerwowana dla ludzi.
Gdy otworzy się na Południowym Apartamentowcu,
który został zbudowany z kamienia uzyskiwanego w
kopalniach na Księżycu i ma dwa kilometry wysokości,
okno, z na pół opustoszałych ulic wznoszą się ryki
Dzikołaków, Minotaurów, jakiś pisk opon, krakanie.
W Labiryncie wydawanych jest nieskończona ilość gazet.
Gazety pokrywają czasem całe ulice w poszczególnych
Dystryktach Labiryntu. Najlepsze, programowane
przez CybArianów, "Nowa Logika" tworzona jest
w Kodzie Porozumienia obowiązującym w całej
niemal Galaktyce. Zarejestrowane i skodyfikowane
są jeszcze dwa języki w Galaktyce, które znają tylko
CybArianie i rzadcy w Labiryncie hipoligloci.
Większość gazet Labiryntu, Ziemi i Galaktyki
są pisane językiem "plebang", który przypomina w swojej
strukturze scrapbooki, będące lingwistyczną próbą imitacji
Kodu Porozumienia, co wygląda żałośnie. Trzeba
też zaznaczyć, że na Ziemi obowiązują, jako oficjalne,
dwa języki: ziemski (zmutowany angielski z resztą
wessanych języków państw dominujących przez kilka tysięcy
lat w głębokiej przeszłości; z biegiem czasu czcionka latyńska
uległa wielu przeobrażeniom, natomiast ilość liter w alfabecie w zrosła do
czterystu ośmiu) i Kod Porozumienia, składający się z miliona
znaków, które są wprogramowane w odpowiedni segment kodu
genetycznego. Języka ziemskiego człowiek uczy się od urodzenia.
Z Kodem Porozumienia człowiek się rodzi.
Kodu Porozumienia się nie tłumaczy.
Człowiek, rodząc się, jest już w stanie pamiętać wszystko od momentu narodzin.
Interpretuje wszystko wedle Kodu Porozumienia.
Pierwsze Słowo jest w stanie powiedzieć po minucie od urodzenia.
Języki narodowe są przedmiotem badań naukowych.
Księga Etyki jest białym krukiem, do którego odwołują
się sprawozdawcy "Nowej Logiki". Księga Etyki jest zapisem
snów Nikta i Nowego Mengelego z czasów Współpracy.
"Nowa Logika" ukazuje się od ośmiuset trzydziestu lat
i zajmuje się analizą kalkulacji, życiem codziennym ludzi,
Rzeźnicy i Kucharze zamieszczają ogłoszenia (szukam silnego mężczyzny, z którego można uzyskać świetne mięso na bankiet komunijny Cybereucharystii, członkom ewentualnej rodziny płacimy olbrzymie odszkodowanie), Maszyny (szukam kopulatora o długości członka przekraczającej trzydzieści pięć centymetrów, płacę z góry, jestem po), ale również jest sudoku, quiz metafizyczny i zaproszenie na prelekcję Wojkszena Futalanga o wpływie czarnych dziur na eksperymentalną plantację rzodkiewek z odzyskanych kodów genetycznych (rzodkiewki wyginęły sześćset lat temu w wyniku wytworzenia się małego gryzonia o fioletowych oczkach o nazwie dupogryz). Można również rozwiązywać debiloku: jest to sudoku a rebours - cyfry należy skreślać. Główną zasadą Kodu Porozumienia jest ta: nieważne, co i jak powiesz, napiszesz lub prześlesz - i tak zostaniesz zrozumiany. Nawet nie musisz wiedzieć, co mówisz. Język ziemski ma jeszcze strukturę semantyczno-syntaktyczną. Kod Porozumienia natomiast nie ma żadnej struktury w sensie gramatycznym, ale ma strukturę w sensie extraordinary perception plus oniryzm i Kranty Perzepzji. Kranty Perzepzji. Kranty Perzepzji to mały drucik, który przymocowuje się do głowy, by wzmocnić Perzepzję. Dla rozkołysania świadomości pali się Kanabę z regulatorem, przykręca się drucik i już jest kontakt z Kosmosem. Czasem Pan Tik-Tak z wampirycznymi kłami, w czarnym
płaszczu z karminową podszewką przebiega truchtem wzdłuż kamienicy, pod którą stoi
lis z wybałuszonymi oczami.
Kiedyś jeszcze wrócę do tego wątku.
Zapowiada się interesująco.
Jeszcze tylko dopracować.
Rzeczywiście, może jeszcze coś z tego być.
Jeszcze tylko dopracować,
coś wyciąć,
coś wkleić.
.
Odlot:
fantastyczne kobiety,
fantastyczni mężczyźni.
Śniło mi się, że mam Wam coś do przekazania.
Potem śnił mi się Wiesław Myśliwski jako potwór.
Potem był Cezary Domarus trzymający w dłoni szaszłyk: chicken or lamb?
Potem był William Blake jako operator koparki na Trafalgar Square.
W wielkim dźwigu, hen, wysoko w City - MKE Baczewski.
Adam Zagajewski jako dziadek klozetowy i
Krzysztof Śliwka wlepiający mandaty za złe parkowanie.
Maciej Melecki zamiatający ulice podczas wietrznej pogody.
Wojciech Brzoska jako pakowacz filetów przy taśmie.
Robert Król w vanie liczy przesyłki kurierskie.
Andrzej Sosnowski rozdaje ulotki doktora Isamby przy stacji metra Upton Park.
Marcin Świetlicki ściele łóżka w hotelu i klnie jak szewc.
Ewa Sonnenberg właśnie zamiata przedpokój.
Marcin Baran wykręca mopa i zamyka drzwi, za którymi lśni podłoga.
Tadeusz Dąbrowski żebrze pod kościołem na Devonii.
Jacek Dehnel sprzedaje papierosy spod lady w hinduskim sklepie.
Miłosz Biedrzycki turla beczkę z piwem na zaplecze baru.
Tadeusz Pióro pcha wózek i wybiera chwytakiem kipy z ziemi.
Paweł Sarna sprzątający sale operacyjne w olbrzymim szpitalu podobnym do labiryntu.
Grzegorz Giedrys na nocnej zmianie na rikszy wiezie zakochaną parę.
Mariusz Grzebalski z piwem przed sklepikiem na Ealingu.
Edward Pasewicz remontujący okna przy Soho Square.
Karol Maliszewski jako portier na prywatnym, piętrowym parkingu.
Jacek Napiórkowski remontujący pod ziemią tory linii metra.
Marcin Zegadło jako kelner w restauracji na Southbank.
Andrzej Niewiadomski jako portier w restauracji przy Green Park.
Maciej Woźniak wykładający towar w Tesco.
Jarosław Mikołajewski jako pomocnik stolarza piłuje płyty pilśniowe.
Joanna Wajs jako hostessa w RyanAir.
Jacek Bierut jako manager w jednym z wieżowców City wciąga kokę.
Joanna Mueller pracująca jako escort girl w Canary Wharf.
Piotr Czerniawski zmywający tłuszcz z rusztów w firmie kateringowej w Poplar.
Paweł Lekszycki zmywa naczynia w very busy restauracji.
Piotr Macierzyński idzie przez East Ham z łopatą na ramieniu.
Jacek Podsiadło jako kościelny w ewangelickim kościółku w Norwich.
Radosław Wiśniewski w Legii Cudzoziemskiej.
Adam Borowski jako kierowca piętrowego autobusu.
Roman Honet roznosi gazety po domach komunalnych w Southwark
Krzysztof Siwczyk jest dog wardenem i zbiera psie kupy.
Krzysztof Karasek pracuje jako pomocnik budowlany na samozatrudnienie.
Antoni Pawlak zbiera po ulicy jednopensówki.
Zdzisław Jaskuła pracuje w biurze nieruchomości i obsługuje ksero.
Marta Podgórnik pakuje warzywa do worków w pakistańskiej fabryce.
Wojciech Wencel sprzedaje haszysz w tureckim social club.
Szymon Babuchowski pracuje jako model dla GayGuide.
Adam Zdrodowski pracuje jako carpet cleaner i pcha wielki szwedzki odkurzacz.
Jarosław Jakubowski łowi ryby na zamówienie polskiego sklepu.
Kazimierz Brakoniecki jest glass collectorem w murzyńskim pubie.
Ewa Lipska jest housekeeperką w hostelu na przedmieściach Southampton.
Mateusz Wabik jest protetykiem w domu starców.
Julka Szychowiak maluje pokoje dla firmy zajmującej się wykańczaniem wnętrz.
Konrad Góra jest przedstawicielem firmy ubezpieczeniowej w Finchley.
Bohdan Zadura obsługuje prowincjonalny salon gier w okolicach Reading.
Bartłomiej Majzel pracuje jako community support oficer w Stoke Newington.
Jarosław Klejnocki strzyże trawniki w Peckham.
Agnieszka Wolny-Hamkało wyrywa zęby w eksperymentalnej klinice dentystycznej.
Wisława Szymborska jest bibliotekarką w POSK-u.
Szczepan Kopyt jest redaktorem naczelnym "Lajfu".
Jacek Gutorow jest fotografem dorabiającym na sprzątaniu prywatnych domów.
Jerzy Górzański jest ekspertem od demolki domów.
Piotr Sommer jest recepcjonistą w holu dużej firmy budowlanej.
Wacław Oszajca jest spawaczem w fabryce montażu zbrojonych płotów.
Feliks Netz jest rybakiem wypływającym kutrem na nocne łowy w kanale La Manche.
Jakub Winiarski pracuje w zakładach segregacji śmieci.
Bartosz Konstrat jest żigolo i obsługuje Notting Hill.
Wojciech Kass pakuje słodycze do kartonów.
Adam Wiedemann obsługuje maszynę do zgniatania tektury.
Piotr Pawlak zbiera truskawki na plantacjach w Essex.
Kazimierz Biculewicz jest redaktorem naczelnym "Polish Express".
Leszek Szaruga zdał kurs na baristę.
Julia Fiedorczuk pracuje na prepie szykując kanapki.
Marcin Cecko jest pomocnikiem kucharza w "The Manor Inn" i siecze warzywa.
Jarosław Lipszyc operuje odmularką na Regent's Canal.
Urszula Kozioł chodzi po ulicach z czytnikiem prądu.
Piotr Macierzyński pracuje jako instruktor na siłowni w Stratford.
Marcin Sendecki jest zatrudniony jako rowerowy rozwoziciel pizzy.
Krystyna Lenkowska pracuje jako toilet cleaner i czyści kible.
Tobiasz Melanowski jest redaktorem naczelnym "Gońca Polskiego".
Ryszard Krynicki jako sanitariusz w szpitalu psychiatrycznym.
Tadeusz Różewicz wyciąga z rusztu w wielkim piecu biszkopty.
Tomasz Różycki zbiera haracz od podnajemców na squacie.
Marzanna Bogumiła Kielar grabi liście w Burgess Park.
Piotr Kusmirek sprzedaje grzyby halucynogenne i fajki wodne na Abbey Road.
Janusz Styczeń jest geodetą mierzącym nachylenie gruntu.
Jerzy Jarniewicz pcha stragan na kółkach jako pomocnik drobnego przedsiębiorcy na targu.
Dariusz Sośnicki sprzedaje pirackie płyty CD pod dworcem na Whitechapel.
Adam Pluszka jest zakapturzonym gangsterem ze złotym sygnetem na palcu.
Ryszard Chłopek ma półtora etatu w pralni chemicznej za Newton Abbot.
Sławomir Matusz jest redaktorem naczelnym "Życia na Wyspach".
Krzysztof Lisowski pracuje na kasie w domu towarowym Sainsbury's.
Józef Kurylak jako developer podpisujący umowę o rewitalizację Camden.
Bronisław Maj przerzucający fertilizer na farmie pod Dundee.
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki prasujący koszule na manekinach.
Grzegorz Olszański jako redaktor naczelny "Dziennika Polskiego".
Adam Ziemianin jako sprzedawca prażonych orzeszków w Hyde Parku.
Józef Baran wczesnym popołudniem trzyma reklamę studia tatuażu.
Maria Cyranowicz działa w wywiadzie brytyjskim.
Piotr Matywiecki pracuje jako ratownik na plaży.
Tomasz Hrynacz suszy sieci nad rzeką.
Jerzy Gizella jest redaktorem naczelnym "Metropolii".
Klara Nowakowska jest recepcjonistką w POSK-u.
Jan Polkowski sprząta w londyńskim ZOO wybiegi dla słoni.
Bogusław Kierc pracuje jako hydraulik przyjmując zlecenia z całego hrabstwa.
Marian Grześczak sprząta biura w Tunbridge Wells.
Adrianna Szymańska przejmuje program po Jerrym Springerze.
Darek Foks siedzi w budce cały dzień i sprzedaje lody z flake'ami.
Julian Kornhauser jest kierowcą taksówki i kursuje do Luton.
Jerzy Kronhold pracuje jako asystent śmieciarza i wsuwa śmietniki.
Zbigniew Machej zbiera kapusty na farmie pod Dover.
Wojciech Bonowicz sprzedaje rock'n'roll'owe gadżety na Covent Garden.
Robert Tekieli żongluje ogniami na Southbank.
Krzysztof Koehler handluje koką w okolicach Holland Park
Krzysztof Gąsiorowski gra na gitarze w podrzędnych knajpach.
Justyna Radczyńska karmi krokodyle w ZOO w Paignton.
Artur Szlosarek jest ochroniarzem na murzyńskich dyskotekach.
Jolanta Stefko jest kucharką w chińskiej restauracji i serwuje różne dania.
Anna Tomaszewska pracuje na zapleczu irańskiego kebaba w Dalston.
Tadeusz Kijonka pracuje w salonie piękności i zakłada kobietom tipsy.
Pamiętam tylko tyle nazwisk ze snu:
fantastyczne kobiety,
fantastyczni mężczyźni.
Merkantylna
matryca wytraca jony wspomnień. Z jatki
pragnień ostało się ciepło. Głęboka woda.
Zza zasłoniętej twarzy wypływa oko.
Co chwila ogląda się na drzwi. Na drzwi.
Z ciemności jarzy się odblask klamki.
Przeraża go głębia samotności.
Właśnie ku niej zmierza jak
za słupy Heraklesa. Wytęża wzrok.
Macha do tych, których zostawia
dla ich dobra. Obok stoi Terezjasz.
Skinieniem daje znak, żeby ruszać.
Z łodzi macha ręką kosmonauta.
Wypływają poza Labirynt! Przypływ!
Łodzią jest zielonkawa Tratwa Ścieku.
Za ichnimi plecami lśniąca matryca
Labiryntu, Tamiza jest rzeką ze szpilek.
Z ciemności jarzy się srebro klamki.
Terezjasz wychodzi przez okno,
rozpościera płaszcz i przelatuje
nad dzielnicą wydając wątły pisk.
Bang!
Czarna postać przebiega - mignięcie - przez oświetlony księżycem park.
Nad parkiem księżyc w pełni - trawnik jest jaskrawoszmaragdowym dywanem.
Na pierwszym planie zamazana plama drzewa o rozbłyskujących koniuszkach gałęzi.
Na drugim planie, z prawej, zieje czarna duża kropka wejścia do jamy zarośnięta bluszczem.
Dalej, w oddali, wyraźnie odcinająca się twarda krecha płotu podświetlona niewidoczną lampą uliczną.
W tle perspektywa uliczki o leniwie rozkładającym się światłocieniu, koloryt lokalny.
W górze wyraźna sylwetka samolotu z czerwoną diodą błyskającą co sekundę.
.
Nieruchomy światłocień bloków wyostrza perspektywę w nieskończoność.
Tam, w nieskończoności, jest mała kropka, guziczek windy, jedziemy do góry.
Obszczana klatka schodowa o poczerniałych ścianach od wilgoci.
Taras, z którego widać wierzchołki wiązów o migotających liściach w świetle lamp.
Taras, z którego widać kaskadę poziomych linii dachów bloków komunalnych.
Taras, z którego widać kopułę St. Paul's Cathedral i organiczny kształt Swiss Re.
.
Przypadkowy powrót do własnej twarzy za pomocą lustra zamontowanego w windzie.
Prostokątny kształt, który prześlizguje się wzdłuż przewiertu wielkiej rzeźby nędzy.
.
Skąpo oświetlone skrzyżowanie i leniwie przetaczająca się taksówka.
Pod murem o spękanym tynku zatrzymuje się wychudzony lis o oczach jak funty.
U wejścia do baru siedzi zadowolony pitbull z wywalonym jęzorem.
O wejście baru stoi oparty jegomość w podkoszulku i sączy piwko.
Bar jest klasycznym barem, nic ponadto.
U wejścia do parku lśni znak drogowy, który zakazuje zawracać.
Poezja reporterska.
Jesteśmy z innych Galaktyk, ale Galaktyk.
Opracowaliśmy System komunikacji przekraczający
pojemność naszych zmysłów. Pracowaliśmy
nad tym wiele tysiącleci. Na początku były
drobiazgi. Jakiś atom. Antymateria.
Potem nas rozciągnęło w czasoprzestrzeni.
Osiągnęliśmy naszą własną prędkość
przekraczającą najśmielsze oczekiwania,
a umysł rozkwitał wieloma odcieniami
bytu. Przekroczyliśmy granicę zmysłów
nie zważając na codzienne drobne wiry
podkręcane przez przeznaczenie. Prędkość
światła stała się czymś zamierzchłym.
Operacje logiczne przy stopniach
wtajemniczenia wyglądały jak polinezyjskie
liczydła. Szaleństwo jest forma przejściową.
Jeśli nie przejdziesz bramy szaleństwa
nietknięty, utoniesz w podświadomości.
Szaleństwo jest bramą, którą jeśli przejdziesz,
doprowadzi Cię do Oświecenia.
Oświeceniem będziesz Ty sam.
Myślałem: to mysz!
A to liść!
2008-09-16 [wydarzenia]
|